Mysli, których nie spodziewal sie nikt...

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Zadzwoniła do mnie Natalsza ze złymi wiadomościami.
- Cześć, słuchaj pamiętasz tego faceta, co o nim mówiłam na zamku? Wiesz ten w okularach i swetrach w kratkę? Miałaś rację, to był Dr Jeneckdy. Współpracuje z Elizabeth Ostberg na pewno ją pamiętasz.
- To nie jest ta Eleanor?
- Tak, to Eleonor. Teraz razem kierują się w stronę miasta Animatroników, więc uważaj. Może jest to, wasz następny przystanek. Chcą podobno, Żelazne Smoki ukraść do opanowania świata. Musicie przed 20 wyruszyć do Rose siostry Teema. Po tej godzinie, możecie zginąć, a tym bardziej Ada. Ona jest wam potrzebna, więc jej pilnujcie. Słyszałam, że Emilia ma swoją moc przenoszenia przedmiotów, ale może też chodzić po ścianach i suficie. Został wam, tylko Rychliś, ale na pewno się do czegoś nada. Słuchaj ja, muszę kończyć, przecież kraina sama się nie utrzyma. Pa, do zobaczenia! - Skończyła, a chciałam jej coś przekazać. W ten czas przyszedł Teemo i się dosiadł.
- Zrozumiałem twoje słowa i jedziemy do mojej siostry. Mieszka na granicy, tam jest spokojnie, nic się nie dzieje. Chodziło Ci o to, że po tej godzinie wychodzą ludzie z zakładu psychiatrycznego Kubitz? Widziałem to, kiedyś. Było tragicznie! Wtedy zabito czwórkę dzieci i dwójkę dorosłych - powiedziała wiewiórka, szkoda było mi go, że taki nie doceniony jest. Gdyż był niesamowicie inteligentny. 
- Może pójdziemy do reszty? - Spytałam się i przytaknął, więc poszliśmy. W tym dniu patrzyłam na, każdego z pogardą. Wydawali się inni, niż zawsze. Ta matka, taka jakaś dziwna, a tym bardziej ojciec. Do świata, powinnam podchodzić z większym dystansem.
- O, której obiad? - Spytał się Asa, on tylko chciałby jeść. Wtedy podeszłam do pani i pokazałam jej te dokumenty.
- A, ja mam do pani pytanie, takie bardzo trudne, jak i proste. Skąd macie te papiery?! Kim ona dla mnie jest?! Teraz gadaj nie czekam, aż sobie obmyślisz, aby się wyrazić! Mów prawdę! - Ze wściekłością podeszłam do niej i trzymałam przy jej krtani sztylet.
- Już, już mówię! Vermza Demyan to Twoja prababcia, uczestniczyła w wielu wojnach! Anglia i Polska ją kochają, ale się o niej nie uczycie, a szkoda! Kazała mi przed śmiercią te dokumenty zabrać i je schować u siebie. Zamierzałam Ci je dać, ale jak sama je znalazłaś. Twój ród, jeszcze istnieje po więcej informacji idź do nich - powiedziała za jednym tchem.
- Wiesz, gdzie mogą być? - Zapytałam się, znów.
- Tego to ja już nie wiem, ale mój mąż. Jak się obudzi to, powinien was poinformować.
- To ja mam, aż tyle czekać?! Nie można go obudzić, czy coś? Tak, dużo czasu nie mamy.
- Jak się go obudzi to dostaję padaczki, jak i zapomina wszystko, ale nie martw się za godzinę lub dwie wstanie - odparł Asa. - Możemy jedynie iść do siostry Teema, Rose. Może ona coś wie, ogółem jest szamanką. 
- Moja siostra jest szamanką, masakra. Ja jej nie chcę znać, niech tylko pojawi się na moich oczach. Jest naprawdę miła, ale czasem istny potwór z niej - przeżywała mocno wiewióra. Rychliś nie wiele wiedząc odparł, że powinniśmy iść do niej teraz. Cóż droga nie będzie łatwa, ale musimy ją pokonać. Mama Buttersów spakowała nam suchy prowiant i wyruszyliśmy. Asa, Ada, Emilia, Teemo, Rychliś, Piter i ja. Kończąc swą drogę na zakręcie rudowłosa się przewaliła i upadła przed wycieraczką szamanki. Patrząc pod nią znalazła klucz i kopertę. Pieczęć była z krwi. 
- Ej! Pokaż to, masz to zostawić! - wyszła z drzwi siostra Teema. - Co wy tu dzieciarna robicie?! To teren osobisty. O-S-O-B-I-S-T-Y. O! Witaj Teemo mój ulubiony gówniarzu. Tyle czasu, masz dziewczynę albo lepiej Ci się poszczęściło? Nie no wchodźcie, jak jest braciszek to każdego wpuszczam. Przepraszam was za moją nachalność. 
I ustąpiła nas w drzwiach. Oczywiście chatka była, naprawdę mała. Musieliśmy jej pomóc wejść miała naprawdę, wąskie drzwi. Gdyż miała wszystko malutkie usiedliśmy na podłodze. Była ona pięknie zdobiona własnoręcznie szytymi dywanami z wełny. Na jej ściankach wisiały same półki na, których było pełno buteleczek, biżuterii, nasion i przypraw w słoikach, kadzidełka i wiele podobnych. Jednak, bardziej byłam bardziej ciekawa jej strychu. Przeszłam na czworaka cały jej domek zostawiając innych. W ten odezwał się Asa.
- Gdzie idziesz? Czekaj idę z Tobą, nie pytaj się, dlaczego. Chcę, ot tak! - Grymasił brunet, nie za bardzo chciałam go ciągnąć albo tego typu, ale dałam mu szansę. A co się nie daje przyjaciołom, mimo iż irytują? Oczywiście z nim było wiele szkód. Wreszcie przyszła Rose i nas zganiła, musieliśmy wypić herbatkę z melisy, szałwii z dodatkiem dzikiej róży. 
- I jak napar?! Pyszny nie?!?! Sama robiłam, wiecie?! - Zaczęła wykrzykiwać siostra. "Czy ona jest chora? Muszę się Teema spytać..." pomyślałam i uderzyłam głową o żyrandol. Był obwieszony różnymi medalionami, aż dostrzegłam jeden z napisem "Daughter of Darkness". Wzięłam szybko go i schowałam do pokrowca od sztyletów. 
- Ej, gdzie idziesz? - Zapytał się Asa, cóż pewnie go to nurtowało.
- Chciałabym zobaczyć na strychu co kryje, ta dziewoja.
Trochę tam stereotypów na opowiada dzieciom i myśli, że wielka jakaś jest. Jeśli ona w ogóle z domu wychodzi, chociaż za próg. Chłopak dziwnie się na mnie spojrzał i dał mi znak, że coś znalazł. Pokazał mi w połowie oderwaną deskę na suficie.
- Co to? Poczekaj spróbuję to oderwać. O mój Boże, to coś jest wilgotne i pachnie mi czymś znajomym, ale już nie pamiętam, chyba zapachem z dzieciństwa. Wtedy była mama, tata, pies Łajko, ciocia Claudes. A teraz? Nic... - mówiłam z pogardą. Udało mi się ją oderwać i wyleciał, nagle z niej kruk. Usiadł mi na ramieniu i wskazał nam drogę. Milczeliśmy, aby ptak się nie spłoszył. Weszliśmy na strych. Było to dziwne, gdyż miał normalne wymiary. Asa zaczął szukać światła, a ja go wspierałam. Czułam więcej do niego niż zwykły kolega, może przyjaciel? Dobra, nie warto się tym przejmować. Znaleźliśmy jakąś pochodnie i Asa zapalił ją swym podmuchem. "Najpierw umie kierować powietrzem, a teraz ogniem. Pewnie jest dzieckiem żywiołów." domyślałam się. Zaczęliśmy przeszukiwać wszystkie skrzynie. Po jakimś czasie znalazłam tak, jakby mysią dziurę i po cichu włożyłam do niej rękę. Reszta nie zauważyła, że zniknęliśmy. Bardzo dobrze się bawili. Wyjęłam stamtąd pozytywkę i zawołałam Asę.
- Chodź, coś znalazłam. Sama tego nie otworzę - i przybiegł potykając się o kufer z sukniami. Zanim otworzyłam pozytywkę, spojrzeliśmy do kufra. Były tam pięknie zdobione kamieniami szlachetnymi suknie z aksamitu i kaszmiru, które wyperfumowane są mocnymi olejkami orzechów pochodzących z Włoch. Przejrzałam pudło i Asa dostrzegł kluczyk. Pozytywka, również była na to, więc uruchomiliśmy ją. Wtedy, właśnie wtedy usłyszałam piosenkę "Liar Mask" i krzyki wszystkich z dołu jak i sprzymierzeńca. Chłopak upadł na ziemię i krzyczał z bólu, a na dole słyszałam odgłosy starej świni. Usłyszałam krzyk rudej i pobiegłam do niej przypominając sobie słowa Natalszy. Gwałtownie upadając ujrzałam widok rozwalonego domu. I świński chichot. Ada leżała obok knura czy tam maciory, a w dupie z tym. Była podduszana przez nią i patrzyła na mnie fioletowymi ślepiami. 
- Zejdź z niej i powiedz mi co tutaj robisz. To nie jest twój chlew, przykro mi pomyliłeś je - wychrypiałam przez suche gardło.
- Dobra zejdę z niej, ale daj mi coś w zamian.
- Niby co posrana słonino?!
- Ja nie jestem słoniną. Piękne obuwie, wiesz takie żadne - powiedział po czym wstał i zmienił się, również w wysokiego chłopaka o blond włosach ubranym w granat.
- Wiem jakie, to nowa kolekcja wiosenna. Przygotowana dla niezłych babek, które nie będą się droczyć o pożarcie kotka Bigoska i Kaszankę. Bigos był w ciąży brutalu! W ogóle fajnie pachniesz, czym dokładnie? - Prychnęłam odwracając wzrok nie chciałam, mieć z nim kontaktu wzrokowego. Patrzył bardzo przyjaźnie, ale ostrożności nigdy za wiele.
- Ups... To on miał, znaczy ona taki żywot mój z resztą jest ciekawszy. Mam wywalone na każde życie z resztą swoje też, a cóż pachnie ode mnie marysią. Podoba ci się? Masz gust chciałbym mieć taką dziewczynę. Zapomniałem! Ty uczuć nie masz, jak nie masz tej wiedzy, że jestem twym cieniem.
-Dam, dam, dam, dam, dam...
-Hyhyhy, lecz kacyka. 
-Huehuehue, jak cię zwą panie cieniu?
- Jestem Azrael, Korneliano nie wiem, jak ty, ale ja bym się nie pytał - powiedział i oparł się o ścianę przyciskając mnie do niej. Gdy spojrzał mi prosto w twarz przyjrzałam mu się. Z rys twarzy przypominał pradawnego księcia Kaltaganii Aloisa, który był niezrównoważony. Jako postać świni miał fioletowe oczy, a tu ma niebieskie pod, którymi namalowane ma czerwone paski. Pod każdym okiem jeden. Na głowie miał gogle, a na ręce dużą rękawicę z przedziwnymi strzałkami. Wiedziałam, że nie będzie łatwo się od niego uwolnić. Przybliżył się do mnie i wyszeptał.
- Niedługo Dzień Ostateczny dla Ciebie. Uważaj na pomocników, bo źle skończysz... - I podszedł do Ady - Ej, ty tam ta żyjesz? Wstawaj nie chcę mi się czekać. Ciesz, że Cię nie zabiłem, miałaś farta. Chociaż życia na pogawędce nie zmarnowałem. 
Dał mi znak i wyszedł, wyglądał jakby miał zlecenia, aby kogoś zabić. Oszczędził, chyba z mojego powodu. Obejrzałam się wokół i wiedziałam, że dostał szału. Zmasakrował cały jej dobytek. Zaczęłam się odzywać do rudowłosej.
- Ej, ty gnido odżyj! Lampion już zapalam, kurwa wstań. Nie będę się za Ciebie modlić.
Wstała cała zapłakana.
- On umarł, on zginął, on nie żyje! - Krzyknęła przez łzy wskazując Rychlisia. - To za mnie! Wiedzieli, że ma silniejszą moc, niż ja. Ja umiem tylko śpiewać, a on? Umiał rozgryźć każdą zagadkę, czytać w myślach, naśladować wszystkie dźwięki zwierząt. Nawet nie wiesz, jak bardzo te cechy potrzebują Nocni Łowcy. Dodatkowo umiał bardzo szybko biegać...
Emilia usłyszała wszystko. Padła w rozpacz, pewnie czeka nas żałoba z tego powodu. Coś chrypiała, że go kochała. Mocno teraz cierpi, a we mnie rodzi się zemsta na wszystkich. Piter leżał w ogródku, a Rose znikła. I dobrze zbyt zrzędliwa baba. Jednak zadaję sobie pytanie, czemu wyszłam bez szkód. Wracając do czarodzieja krzyczał z bólu. Odcięto mu sześć palców. 
- Ty Korneliana też nie wyszłaś bez szkód. Zobacz w lustrze co masz na szyi - powiedział Asa idący z kulawą nogą. Z przerażeniem wpadłam do łazienki, gdy spojrzałam w lustro ukazała mi się rana z napisem po angielsku "selected" oznaczało "wybrana", ale po co komu chciało się do cholery robić?! Miałam ochotę wrócić do nałogu z depresji, ale nie mogłam. Znów palenie mnie wyniszczy, znów. Powoli usuwając się z ściany zdecydowałam, że nie powinniśmy tu być. Wydarzyły tu się same zła, a zło się tępi i unika. 
- Ludzie idziemy do Kubitza znajdziemy tam wskazówki, ale już biegiem! - Wykrzyknęłam wybierając wyjście przez szklarnie do lasu.
- Nie chcę mi się już iść jestem wyczerpany - marudził Piter.
- Ja też! - Krzyknęła Ada.
- I ja, kiedy koniec?! - Jęczył Asa.
- Raz, dwa, trzy, cztery nogi żwawo podnoszę, biegnę tempem szybkim! - Śpiewał Teemo cały czas spoglądając na Emilkę. Czuli do siebie to samo, a nawet o tym nie wiedzieli. Doszliśmy do bram psychiatryka. Mówią, że osoby tam chore same sobie krzywdę robią, a to jedna wielka nieprawda. Każdy tu ma z nich winę. Zobaczyłam grupkę małych dzieci bawiących się nożykami.
- O, pani wybawicielka! Pobawisz się z nami? - Zachęciły mnie swoimi bananami na twarzy, jednak mogły coś kręcić. 
- Gdzie idziecie ekipo? Przespać się? Polecam wam, jak najszybciej już zająć miejsca - odparłam i wskazałam im drogę. Z dziećmi oglądałam ich rysunki. Cmentarze, krew, ludzie bez twarzy, broń i wiele innych. Podarłam ich rysunki, zabrałam nożyki, wzięłam pod pachę i zaniosłam do pielęgniarek. Odesłać dzieci do siedzenia w pokoju, wcale nie jest złe. 
- Przepraszam, czy widziała pani taką grupkę osób, gdzie jest dwójka dziewczyn i chłopaków. Nie należą tu do tej budyyy... Ośrodka! - Po tych słowach zmierzyła mnie morderczym wzrokiem i powiedziała do jakiejś młodej, aby sprawdziła papiery. Bez słów poszła głównym korytarzem i skręciła gwałtownie w lewo. Idąc za nią spotkałam, naprawdę chorych ludzi potrzebujących pomocy. Miałam ze sobą plecak na szczęście, gdyby nie on i prowiant w nim bym nie pomogła głodnej kobiecie. Z chęcią zjadła drożdżówkę. 
- Nie karm tych zwierząt - mruknęła kobieta prowadząca mnie, taka chamska szynka. Masakra... 
- Pani bardziej do nich pasuje. Już widać po twarzy, jak pani z kozy wyrosła - prychnęłam, ale nie za długo. Patrząc swymi oczami przywołała sześciu mężczyzn za ściany na końcu holu. Wskazała na mnie i mnie wzięli. Chciałam już się przygotować do ucieczki, gdy właśnie zarzucili na mnie ciężkie łańcuchy. 
- Teraz się nie ruszaj! - usłyszałam znajomy głos. - Kurwa zostaw ją! 
I zobaczyłam, jak mężczyźni wyparowali przez energię słoneczną. Gdy kagańce opadły zaczęłam na czworaka biec do ostatnich czarnych drzwi. Oczekiwania mnie zawiodły, trafiłam do izolatki.
- Sań, sań, sań, sań... - Męczył się z bólem jakiś facet, tak kościelne.
- Alleluuuuja - tworzyliśmy już kolędę.
- Ty nie czysto dziewico, nie dobra dziedziczko! Będziesz się smażyć wraz z ojcem! Jestem czystym zwolennikiem kościoła i Hadesu, a ty będziesz tym kimś kto skończy w nim na samym dnie - wysyczał i wziął mnie pod gardło. - Zginiesz! Zginiesz to twój koniec!
No i cóż... Tak się chyba stało, nie odnalazłam wszystkich. Nie wiedziałam kto mnie uratował, ani tego kim jestem...

Wstałam z wielkim zaciekawieniem, ponieważ słyszałam dziwne odgłosy, jakiegoś zwierzątka. Starałam się szybko i cicho wyjść z domu, ale to nie wyszło. Wywaliłam się na schodach.
- Au! Coś mi do oka wpadło! - Krzyczałam, tak głośnio, że całe miasteczko mnie słyszało. Wtedy coś czułam, że oślepłam. Piter zauważył, że spadłam, więc wziął swą apteczkę i różdżkę. Podszedł do mnie, po jego wzroku wiedziałam, już co jest ze mną. 
- O, mój Boże... To, nie wygląda zbyt dobrze. Niech ktoś zapali światło! - Rozkazał Czarodziej i, jak je zapalili moje oko, było masakrycznym stanie.
- Nie trzeba z tym iść do lekarza?! Czemu, jej oko nie ropieje?! A, tego nie trzeba na spokojnie?!  -Histeryzowała Ada, aż mnie zirytowała i wyciągnęłam od razu, sobie to z oka. Krew nie leciała. Każdemu, zaparł dech w piersiach.
- Idę, od was! - Krzyknęłam i poszłam. Stałam się ślepa na lewe oko. Utrudniało mi, to bardzo mocno życie. Pobiegłam na górę się przebrać i wyjść, musiałam ochłonąć. Wciągnęłam szybko ubrania i wyskoczyłam z okna. Upadając znalazłam starą, drewnianą i zepsutą pukawkę. A, przy niej masę rzutek. Skierowałam się w kierunku, tego sadu. o którym mówili. Musiałam iść na sam koniec miasta. Idąc rozmyślałam, całą tą sprawę. Tym bardziej, że te nietoperze skojarzyły mi się, z tą wampirką. Wiedziałam, już to dawno, że moje życie ma w pewnym stopniu sens, ale nie umiem go wykorzystać. Nagle, natknęłam się na starszą kobietę ubraną w chustę na głowie, długą, brzoskwiniową spódnicę i stary, wytarty sweter. Była na wózku inwalidzkim. 
- Przepraszam, którędy do pani Vibby? - Spytałam się i jeszcze raz powtórzyłam-Nie, wie pani jak dojść do sadu Vibby?  Nic nie odpowiedziała i tylko się na mnie spojrzała. Podejrzewałam, że może, być głucha. Popatrzyła się na, mnie i pociągnęła z całej siły moje włosy do swoich ust i zaczęła szeptać.
- Nie, idź z powrotem do domu. Radzę Ci, bo to bardzo ważne, nawet nie wiesz co się stanie. Uwierz mi, nie kłamie! - Kończąc wypowiedź, spojrzała się na mnie i znikła. Szłam, dalej nasłuchując wszystko, dookoła. Może, ma rację? Jednak, zawsze będę uważała, że spacery w nocy są najlepsze. Trochę, się zmęczyłam, bo nie ma to jak skakać od chmurki do chmurki. Podeszłam, pod furtkę i, wtedy zobaczyłam, jaki wielki ma sad. Furtka, była zepsuta. W głębi drzew brzydko pachniało, jakimiś grzybami. Usłyszałam odgłosy duszenia się, drzewa były obłupane.
- Korneliana? Jeśli, to Ty pomóż! - Wiedziałam, że nic dobrego się nie zapowiada. Zaczęłam pełznąć, aby nie zostać od razu zdemaskowana. To, na pewno był Teemo, bo nam zniknął. Po, jakimś czasie ujrzałam, palące się wielkie znicze i mężczyzn ubranych w długie, białe szaty. Przyjrzałam się im, dokładniej i to był KKK (Ku Klux Klan), dobrze, że uważałam na historii. Ich znakiem rozpoznawczym są długie, białe i szpiczaste nakrycie głowy. Okrywa, ono całą twarz i zasłania je. Tak, jak mówiłam ofiarą, był Teemo. Przywiązali biedaka do stosu i czekają, chyba, aż ja się zjawie. Szybko, spod bluzy wyciągnęłam laskę i zmieniłam ją w łuk.
- Stryju, a tak w ogóle, czemu ona? - Spytał jeden z zakonników.
- Nie wiesz?! Nie tolerujemy, innej niż ludzi i czarodziei! Powinna się, nie urodzić! To wszystko, przez jej rodziców! Ona obróci świat do góry nogami, a to my musimy! Zawładniemy Virrusem, jak i światem realnym! Najpierw, zaczniemy od gryzonia! Czas zacząć obrzęd! - Głosił, swym, zbytnio wysokim, męskim głosem. Nie, wiedziałam, co zrobić, więc wystrzeliłam dwie salwy strzał. Postrzeliłam, ich połowę. Nie było, zbyt dużo zakonników. Zareagowali. Siedziałam na tym drzewie, tak długo, aż do mnie podszedł, taki jeden facet. W prosto w lewe oko strzeliłam i wyskoczyłam. Złapali mnie za nogę, a ja wzniosłam się w górę i nimi podrzuciłam. Teemo, w tym czasie się uwolnił i zaczął do nich strzelać, swoimi rzutkami. Upadli na dołożone, grzybki Teema. Jedynie, przeżył Stryj. Okazał się magiem.
- Nie, jestem byle kim - odparł. - Twój, ojciec od zawsze, był mi winny przysługę. Do teraz, jej nie wypełnił, a zapisał mi Ciebie. Więc, jak jesteś grzeczna to mogę Cię poprosić, abym mógł zabić? To nie za boli. 
Gdy skończył, mówić pchnął wielką kulę mocy. Z początku myślałam, że coś mi się stanie, ale ją złapałam. Był zdziwionym, rzuciłam nią w niego. Dobry z niego zawodnik, jak z zasłoniętymi oczami walczy. Zahaczyłam o Teema i upadłam na ziemie, uderzając głową w pień drzewa. Dopadł mnie, miałam cały obraz rozmazany, ale się nie poddawałam.
- Nigdy, mnie nie będziesz miał! - Krzyknęłam i przerzuciłam, go przez plecy łamiąc, mu rękę.
- Tym, razem mi się upiekło! Spotkamy się, kiedy indziej - powiedział z bólem. Byłam zdziwiona, że tak szybko się poddał.
- Słuchaj, ja idę po jabłka i śliwki. Poczekasz? - Spytała się wiewiórka i swoim śmiesznym truchtem pobiegła. Pewnie, miał 5 z w-f'u. Czekałam na niego, przez chwilę. 
- A, nie jest dla Ciebie to za ciężkie? - Byłam zdziwiona, że tak mała istotka, podniosła 10 kilogramów. 
- Kapitan Teemo zawsze do dyspozycji! Dla mnie, nic nie jest ciężkie! - Powiedział Yordl i się go zapytałam. 
- A, Ty skąd się wziąłeś, o tej porze? - I od razu, mi odpowiedział. 
- To, skąd się, Ty się tutaj pojawiłaś? Takie dziewczyny, nie powinny, o tej porze wychodzić z domu - pocisnął mi - Raz, dwa, trzy, cztery! Idziemy, bo niedługo powstają, a przecież czas się liczy, nie? 
Przytaknęłam mu i skierowaliśmy się w żwirowatą ścieżkę. Przyszliśmy w dobrym momencie, dopiero wstali i nie byli, jeszcze pozbierani. Wiewiórka się zmęczyła, tak mocno, że nie wiedział czy żyje. Gdy wszyscy, już przybyli usiedliśmy do stołu.
- Długo, was nie było. Nic wam się, nie stało? - Spytała Ada jest, zbyt troskliwa.
- Nie, nic nikomu się stało. Oprócz tego, że Teemo się strasznie zmęczył i spotkaliśmy KKK. Chcieli, go zabić na stosie, ale... - nie dokończyłam, bo Asa się wtrącił.
- Czekaj, czekaj, czyli KKK wrócił?! Stryj Klapencjusz żyje?! To niemożliwe, przecież go pokonaliśmy trzy lata temu! To nie, jest słaby wróg. Jego moc, będzie rosła mówię wam! Powstanie poważna wojna! - Był przerażony, jak i wściekły.
- Ale, co my teraz zrobimy?! Ile jest nas, a ich?! Nie damy rady! Świat Virrus i świat ludzki upadnie! Czasoprzestrzeń się załamie! Musimy ich powstrzymać, ale jak?! - Ada, na prawdę uwielbia histeryzować. Nie dziwię się, jej trochę...
- Ada, a co Kornelianą?! Toć, to jest nasza tajna broń! Nie zna jej mocy, ani umiejętności! A, na pewno będzie, jeszcze podszkolona! Może, coś się kryje w Emilii i Rychlisiu?! Gdyby byli, zwykłymi ludźmi, by się tu nie znaleźli! Nie powinnaś już wszystkiego, tak zakładać i oceniać! - Darł się Piter, bo inaczej nie da się, tego opisać. Popatrzyłam się, na nich dziwnie. Wtedy pomyślałam:"Ciekawe, co jeszcze mnie spotka. Tyle się, nawet dzieje w ciągu jednego dnia. Tragedia!".
- W tej walce, nie ma uczuć, więc niech, każdy się pozbiera i idzie ze mną! Może i jestem, tą waszą bronią, ale tu warto, dbać o siebie i o innych. Po co się kłócić, jak możemy wszystko zabrać i móc iść dalej? Poproszę was o jedną rzecz. Proszę was, abyście się opanowali, wyrozumiali i spakowali się, aby wyruszyć dalej! - Odparłam i mi przytaknęli, chyba zrozumieli, o co chodzi. - A tak na serio to zróbmy rozpierdol!
Jedynie Emilii się, nie chciało nic. Kazaliśmy jej wstać, ale nie zareagowała. Postanowiliśmy zrzucić ją z kanapy, ale jednak kanapa leżała na niej. Nie mogliśmy już jej podnieść. W pewnym momencie się wściekła i nie dotykając mebla, go podniosła.
- Co?! Jak ja, to zrobiłam?! Mam moc! Mam moc, wreszcie pomogę! - Cieszyła się strasznie, mocno Emilia, a Rychliś był zdołowany.
- Ja nie, mam żadnych mocy! W niczym wam nie pomogę... - Smutny był, ale mu poradziłam, że jeszcze ma czas.
- Dobra, ludziska! Już jest 05.49 musimy się, zbierać! Przecież, podróżujemy, między czasoprzestrzenią. Na szczęście czas zmieni się, tylko o dwie godziny - poinformował Asa i spakowaliśmy swoje rzeczy na jednorożce i wyruszyliśmy. Wjeżdżając do ciemnych bram Krainy Ciemnego Snu, byłam zdziwiona. Jak mówili, to miasto zapowiadało się piękne, a tu wielka dupa z miasta. Stare kamienice, wiele plakatów ze zbrodniarzami, brak roślinności, zniszczone latarnie, zniszczona droga, brak zwierząt, jedynie sępy i pustka w mieście. Na jednym z plakatów ujrzałam Buttersa. Nie wyglądało normalnie, czy ja, znów o czymś nie wiem? "Cała podróż, to nie kończąca się zagadka. Czy, kiedyś wreszcie to się skończy?" pomyślałam i przeczytałam tekst z plakatu. "Uwaga! Poszukiwany jest szesnastoletni przestępca! Jest to brunet, o błękitnych oczach i niebywale dużym wzroście! Ubiera się w luźne spodnie, sportowe bluzy. Oskarżono go, o kradzież 10000 centyliów i Kuli Ciemności. Osobie, która go znajdzie w nagrodę dostanie 50000 centyliów!". Czytając się zdziwiłam, był osobą, którą nawet dobrze nie znałam. 
- Asa? A Ciebie to, może nie poszukują? Wiesz pełno jest Twoich plakatów, gdzie napisane jest, że Cię poszukują - szeptałam do niego z pogardą, zawsze mój tok myślenia szedł tak, że nie lubiłam osób, które mnie okłamywały. Udawał, że mnie nie słuchał, więc go zignorowałam, również. Też, tak i mogę. Trochę, nam to zajęło zanim dolecieliśmy do ich domu. W drzwiach stali ich rodzicie i nas przywitali.
- Witajcie, ja jestem Kelly, a to mój mąż Calum. Cóż, może troszkę zasnął, ale z nim, tak jest! Wchodźcie, przecież nie gryziemy! - Wydawała się bardzo przyjazną osobą, jednak widziałam w niej przerażenie, nałogowo odrywała, sobie od skóry paznokcie i poprawiała włosy. Dom nie wydawał się, normalnie. Matka, Ady i Asy gotowała obiad, a z resztą oglądałam mieszkanie. Przeszukałam, po kryjomu ich szafy i zobaczyłam akta z wojny. I to z nie, byle jakiej wojny. Papiery pochodziły z roku 1942 i przedstawiały kobietę, którą przypominałam. Miała to, samo nazwisko. 
"Vermza Demyan pseudomin Czarna Zmora. 
Rodowód: 8 lipca 1921 rok
Rodzice:  Cynthia Deyz i Potap Demyan
Dzieci: Sydniey Demyan, Kubra Demyan i Swietłana Demyan
Rodzeństwo: Kira Deyz i Imur Demyan Pochodzenie: Rosja, Holandia" 
Kolor oczu: zielone
Kolor włosów: kruczoczarne
Wzrost: 201cm
Cechy szczególne: Znamię za uchem, tatuaż na przedramieniu"
Reszta dowodu, była spalona pewnie, dlatego, że pochodzi z czasów wojny. Na szczęście, nikogo nie było w pokoju, więc zabrałam te papiery i pośpieszyłam na dół. "A, co jeśli, ktoś z nich jeszcze żyje? Nigdy, nic nie wiadomo, a warto się dowiedzieć" mówiłam, sobie w myślach. Poszłam się, przewietrzyć. Zaczęłam miasto zwiedzać, same zbrodnie tu się działy. W pewnym, momencie spotkałam chłopca przebranego, w dziewczęce ubrania i krwawił z krocza. To nie było normalne, a w ręku trzymał nóż. Spytałam się go, czy  nic mu nie jest. 
- Aaaaaaa, czemu chłopcem się urodziłem! - Wykrzyknął i rzucił się na kolana - Szatan, mnie okłamał! Ty, to Ty oddasz mi swoje ciało! Jesteś kobietą, a tego, właśnie chcę! W tym, czasie przyszła jego matka.
- Dziecko, dziecko moje, co żeś sobie zrobił! Życie, sobie zmarnowałeś! - Rozpaczała kobieta, ale się nie wtrącałam.
- Wypierniczaj! - Krzyknął i zabił ją. Skubany zrobił, to jednym ruchem.
- Czemu, jej ciała nie weźmiesz?! - Nie chciało mi się z nim walczyć, bo po co. 
- Jaaaa, Cię znam! Nie wymigasz się! Icta kamszu ahed pikor, giń! - Zmutował, mu się głos i skoczył mi na głowę. Wbił mi nóż w gardło. Nie poddałam się i wyrzuciłam go w okno sklepu. Wstał. Wyjęłam, sobie z szyi ostrze. Położyłam na jego głowie tak, że jak się ruszy, to się zabije,
- Ruszysz się do tyłu zabijesz się, a ręce masz, tak pokaleczone, że nimi nie ruszysz. Działa to, w każdą stronę. Nogą, tego nie sięgniesz, czeka Cię śmierć... - nie wysłuchał, mnie i ruszył głową, zginął na miejscu. Dwa trupy, koło mnie leżą, a żadnego nie zabiłam. Nie wiedziałam, co zrobić. Z nieba, nagle zaczął padać deszcz. 
- Czemu, ja żyję? Czemuu... - rozpłakałam się, serce mnie bolało. Położyłam się na gruzie i szkle. Usnęłam. Obudziły mnie dźwięki nadchodzących wojsk. Puścili dziwną muzykę, szli w jej rytmie, jak i wymachiwali bronią. Dwaj złapali, mnie i posadzili na swe ramiona. Byłam w centrum uwagi, nie podobało mi się to. Kierowali się w stronę domu państwa Butters'ów. Po kilku minutach drogi postawili, mnie na wycieraczce i odparł jeden z nich.
- Jestem generałem, tej jednostki. Witaj, powinnaś stąd, jak najszybciej uciekać. Jest to, bardzo nie odpowiednie miasto dla nikogo, oprócz przestępców i opętanych. Na pewno już się, z tym spotkałaś. Po godzinie 20 nie wychodź, ani nikt inny, żeby nie było, że ostrzegałem.
- Dobrze, do widzenia - odpowiedziałam i weszłam do środka. Wtedy podeszła do mnie pani Kelly i mnie wycałowała.
- Ojejku, ja już myślałam, że Ci coś jest. Chodź mam ciasto, ukroiłam je.
Zasiadłam do stołu i wszyscy, mnie się wypytywali, gdzie byłam.
- Byłam na spacerze, a co nie można? - Spytałam się ze zmęczenia, nie chciało mi się droczyć - Ogarnijcie się ludzie! Po obiedzie idziemy przeszukać tereny i wyruszamy przed 20! 
- Niby, co jest po 20? - Spytał Rychliś - Przecież, każda godzina wszędzie jest, taka sama.
- Mylisz się i koniec kropka. 
W cieście, zauważyłam coś, czego tam nie powinno być. Wściekłam się, że każdy robi mi na złość. Były to mini robociki, które miały mną kontrolować. Z całej siły uderzyłam w stół, niszcząc go. Miałam dość, tego wszystkiego. Byłam gotowa się zabić, ale po co i dla kogo? To pytanie siedziało mi w głowie. O stół, nikt się nie spytał. Podsumowali, że zostawią, mnie w spokoju.

~ Miku ~
Ranek, kolejne zło. Wstałam do tego za późno! Spóźnię się do szkoły, bo dwie i pół godziny nie wystarczą mi, aby się przygotować... Spojrzałam na drugi koniec pokoju. Ona wciąż spała, czyli moja siostra bliźniaczka - Mikuyu. Rodzice nas skrzywdzili! Jak ona może mieć imię podobne do mojego? Głupia kujonka z niej i tyle. Powinna mi zazdrościć przyjaciółek! Ugh, nie chcę już o niej opowiadać. Także jestem Miku dziewczyna znienawidzona przez takie, jak Mikuyu!
- Mikuyu śpisz? Odpowiedz mi żulu chcę się dowartościować! - Zaczynałam rozporządzać nią. Niech wie kto tu, jednak ma niby władze.
- Jeśli mnie obudzisz to, wtedy nie będę spała... - Mruknęła jakoś pod nosem.
- Jak mam Cię obudzić?
- Myślę, że chyba jednak ci śpieszno, czyż nie siostrzyczko?
- Nie! Znaczy tak!
Nie podziękuję jej za to niech sobie myśli ile chce i tak nigdy tego nie zrobię. Teraz chociaż mam czas, by się pozbierać. Poszłam się wykąpać, jednak coś kurków odkręcić nie mogłam. Hmm, coś tu jest źle. Zaczęłam się wydzierać, aby mama coś pomogła. Moje ciągnięcie za kran też nic nie dawało.
Przyszła. Już się boję jej wyroku.
- Masz siedemnaście lat i nie potrafisz odkręcać kurków? Robisz to w złą stronę... Patrz, widzisz? Ja to jakoś zrobiłam! - Wyżywała się na mnie, a ja biedna jestem.
~ Mikuyu ~
Jest dwadzieścia osiem minut po szóstej, a ta już biega. Żal mi jej trochę, lecz nie zajmuję się małym dzieckiem. Nigdy nie wierzyłam w stereotypy o blondynkach, ale to tu się potwierdza ta teza. Wyskoczyłam z łóżka, ależ niechlujnie wyglądam... No cóż, trzeba znów wyprasować mundurek, umyć włosy, ułożyć książki. Wszystko dobrze szło mama przygotowała nam śniadanie do szkoły. Pełno ryżu, wreszcie coś co uwielbiam. Jakoś dzisiaj nie śpieszyło mi się do szkoły, gdyż przez tą blondynę miałam masę czasu. Hah, jej umysł nawet nie potrafi odczytać godziny z zegara tradycyjnego. Poszłam z nią na autobus, jednak siedziałam na końcu autobusu, aby nie mieć z tym człowiekiem nic wspólnego. Chociaż trudno domyślić się nie jest, iż jesteśmy siostrami. Tym bardziej bliźniaczkami. Wysłuchuję jej codziennie jaki to jest ból dla niej, jak posiadamy bardzo podobne rysy twarzy i prawie ten sam kolor włosów. Podeszłam do niej, gdyż ona nigdy nie potrafi zapamiętać przystanku, gdzie wysiąść.
- Miku, zaraz wysiadamy. Czy ty w ogóle mnie słyszysz? Miku, my już wysiadamy nasz przystanek.
- Co? A, no dobrze wybacz spałam. Uśmiech Riku mnie znużył do snu i wiesz, hehe.
Zrozumiałam, że pewnie coś ćpała. Ciągnęłam ją od samego przystanku, aż do samej szkoły. Mogłam zanieść dziewczynę do kostnicy. Straciłam jej uścisk przed drzwiami wejściowymi. Zadowolona z życia patrzyła na dziewczynę wśród chłopaków, która jako jedyna paliła.
- Też chcę zajarać, byłoby tak fajnie - przeczuwałam, że Miku chciała się podlizać. Wokół ciemnowłosej zbierało się najbardziej, wiecie takich tam chłopaków.
- Miku, ale tak się właśnie zaczyna HIV - chciałam ją zniechęcić do takich pierdół.
- HIV'a to Ty masz do dupnie w dzieciństwie od starego - odezwała się tajemnicza dziewczyna gasząc to co jarała.
- Jesteś głupia, że tak mówisz? - Pociski mam takie cudowne, haha.
- Może Ty jesteś głupia? Tego się nie ma od jarania, jest najszybciej od... - przerwała jej moja siostra.
- HIV jest fajny! Jointy też! Dasz mi zajarać?
- Dobra, idę na lekcję. Żegnam was, Yayoi niezbyt miło mi poznać - pożegnała się środkowym palcem, akurat szła tam, gdzie my. Czyli... Chodzi z nami do klasy?!
~Yayoi~
Na Boga nie kocham już tej szkoły nienawidzę. Nie dość, iż jakieś blondynki do mnie przylazły i coś biadoliły to zaczynam lekcję od matematyki.
- Fumiko przyniosłaś mój zeszyt? - Odzywała się jakaś z tamtejszej elity.
- No nie... Wybacz, bo ja nie chciałam, abyś go nie miała, lecz nie mogłam go znaleźć... - Wystraszyła się tej najważniejszej. Chciała uderzyć Fumiko...
- Jak mogłaś zostawić?! Przez taką, jak Ty nie mam prawa dostać jedynki! - Nie skończyła, złapałam jej rękę i podniosłam do góry.
- Baka, nie rób więcej tego, gdy ja tu jestem.
Wtenczas pani od matmy usiadła. Zakończyła to czymś co nie jest za miłe.
- Łooo, mam nowy dzwonek! - Wydarłam się z radości opuszczając dziewczynę.
- Czy mogłabym otworzyć okno? - Zapytała się Mikuyu, bo już zdychała.
- Apokalipsa! Nie! Czy to znowu zombie?! - Panikowała Miku, ależ ona głupia.
- Nie twoja matka zarzyna świnię, czyli Twojego ojca - doprowadziłam ją do płaczu. Nie jest mi przykro. Zasiadłam na miejsce, a obok mnie Riku oraz ośliniona Miku.
- Riku, a czy ty wiesz, że nasze imiona różnią się tylko pierwszą cyfrą? - Pomyliła się w tak słabym w podrywie, żałosność.
- Ano, masz rację, bo nie myślałem o tym. Mam to, gdzieś. Jakby co to jest litera...
- Riku ja Cię za to kocham! - Krzyknęła rzucając mi się na ławkę.
- Ziemnioki też kochasz? Bo wiesz... Czuję się samotna - naśmiewałam się z niej. To było piękne, jak zeszła z mej ławki, idąc do swojej oraz uderzając głową o parapet. Pewnie się obraziła. Kolejne lekcje zeszły bardzo szybko, a czas spędziłam z tymi dwiema i chłopakami. Ostatnia lekcja powoli dochodziła, a ja zgłodniałam.
~Miku~
Ten dzień był piękny! Wyznałam Riku miłość i, i, i dostałam od Yayoi śmietnikiem. Mikuyu podarowała mi chleb, a znowu Yayoi uczesała mnie na w-f, który za chwilę mamy.
- Czemu nie ćwiczysz na lekcji Yayoi? - Spytałam się jej, gdyż było mi jej szkoda. Pewnie mi zazdrościła, że nie ma, tak zgranych nóg jak ja.
- Czemu mając raka mózgu ćwiczysz? Jestem ciekawa, jak się wywalasz na pierwszym metrze - parsknęła, czy jak to się tam mówi. To było wredne, ale chyba prawdziwe... Dopiero co dołączyła do naszej klasy, jednak coś o nas wie.
- Nie Miku ona niczego Ci nie zazdrości, ani nic podobnego. Jeśli myślisz skąd wie o nas tyle. Wszystko, żeś jej powiedziała - wtrąciła się Mikuyu. Rzuciłam jej spojrzenie, którym powinnam ją zabić, ale to się nie stało.
- Jakież to kawaii! - Zobaczyłam jak Ya się uśmiecha... To było cudowne, Mikuyu także, jak to zobaczyła to się zdziwiła. - Zjadłabym kebaba, hmm. Idę do automatu. Wiem, wiem tam nie ma kebabów.
- Tam są hot-dogi. Są bardzo dobre!
- Oo, czyli parówki... Mogłaś tak od razu, a nie sobie marzyłam o czymś dobrym...
Ubrała kaptur i wybiegła nie w tą stronę, gdzie jest automat albo tam jest. Nie pamiętam. Byłam zajęta graniem w łapki.
~Mikuyu~
Poszłam za nią, bo to nie jest zbyt normalne, aby iść po szkole w kapturze. Dostanie ode mnie dziesięć punktów karnych chyba już dziewiąty raz dzisiaj. Nie odpuszczę jej tak łatwo. Szkoła to życie! Zobaczyłam Yayoi pod automatem, gdzie kupowała chipsy. Chipsy Wasabi są, są niedobre! Należą do jednych z najbardziej nie zdrowych!
- Mikuyu nie rób tych dennych kalkulacji w mózgu. Żałosne to się robi... - Zwróciła mi uwagę, czyli nie jest taka głupia. Albo się mylę... Ya zaczęła kopać urządzenie. Pierwszy raz w życiu byłam taka wystraszona. Jaką ona agresję posiada?
- Przestań, to nic nie da! - Znów czuję się fajna, hehe.
- Oddawaj mi chipsy! Nosz, kurde działaj! - Wydzierała się, aż głowa mnie rozbolała. Na szczęście nikt nie szedł. Usłyszałam huk oraz bzdęk. Yayoi rozwaliła szybę z automatu!
- Jak to zrobiłaś?! Nie jesteś ranna?! - Wystraszyłam się, gdyż trochę mi na niej zależało. Po jednym dniu? Trochę dziwne na mnie.
- Wystarczyło dobre uderzenie z prawej pięści. Wszystko dobrze muszę tylko zawinąć w bandaż. Nie martw się - widziałam w niej całkowite opanowanie. Ja tak bym nie mogła! Kolejna zadowolona z życia. Zaczęła pochłaniać te chipsy. Teraz zauważyłam, że ona wsuwa więcej, niż nie jeden chłopak. Powoli robiła się straszna.
- Dziewczyny pan już nas woła! Ya, co ty sobie zrobiłaś?! Masz duże te ała. Boli jak dotykam? - Miku się przejęła raną i miziała dziwnie tą rękę. Czarnowłosa dała Miku w twarz i poszła sobie to zabandażować. Próbowałam uspokoić siostrę, ale wielka plama krwi na koszulce i twarzy przeraziła.
~Yayoi~
Ta, tak teraz dla mnie jest rzeczownikiem. Znowu mnie denerwuje, ile można? Owinęłam do końca dłoń i poszłam na boisko. Bliźniaczki zdążyły na lekcje, a ja wciąż nie mogłam ćwiczyć. Nauczyła bym te dzieci, jak się gra, a nie one boją się piłki. W jakich my czasach żyjemy?
- Psze pana, a czy ja bym mogła im pokazać, jak się piłkę wykopuje? - Odezwałam się, gdyż za nudno mi było.
- Coś ty powiedziała? Oczywiście, że nie możesz. Przecież masz zwolnienie od lekarza...
- Walić to ja idę grać, nic mnie nie zatrzyma - rzuciłam bluzą w nauczyciela i rozpoczęłam grę. - Pokażę wam dzieci co to piłka nożna.
- Ugh, odezwała się chłopczyca... - Syknęła Gou, czuję do niej taką nienawiść.
- Zamknij się! - kopnęłam w jej strony z całej siły piłkę. Oberwała, aż się wygięła. - Baka! Nie zbliżaj się do mnie, ileś mogę powtarzać...
- Gou, ona chociaż się swoich wad nie wstydzi - stanęła w mojej stronie Mikuyu. To było miłe. Podeszłam do Miku przytulając i przepraszając ją za takie najście.
- Kocham Cię Ziemniok... - Powiedziała tak spokojnie i na głos przy całej klasie. Zrobiło mi się wstyd.
- Wybacz "koleżanko", ale ja już mam chłopaka - westchnęłam z ręką na twarzy.
- C-Co? Myślałam, że jesteś wolna, nieee! - Popadła w histerię.
- Tylko nie jedz tej trawy!
- Jesteś biseksualna?! - Wpadła w szok Mikuyu waląc głową w ławkę. - Kto to w ogóle? Chodzi z nami do szkoły? Ma brata?
- Nawet lepiej chodzi z nami do klasy - byłam pewna, że się nigdy nie domyślą.
- Ty z Riku byłaś już dawno? Wyglądaliście na takich bardzo szczęśliwych. Na początku myślałam, iż to Twój brat. Później stary przyjaciel, jednak po takim zdarzeniu myślę, że na pewno chłopak.
- Ty naprawdę wcale taka głupia nie jesteś... - Powiedziała cała klasa chórem. Lekcja minęła mi siedząc na ławce, a dziewczyny grały mecz. Koniec lekcji uznaję za rozpoczęty. Dziewczyny zapytały się mnie, czy z nimi pójdę. Zgodziłam się... Popełniłam największy błąd. Cały czas mnie się o wszystko wypytywały.
- Jaki masz numer stanika? - Spytała się Miku.
- Jak Ty to robisz bez uczenia się, że masz tak świetne oceny? - Ciekawiła się Mikuyu.
- Czemu jesteś taka wysoka?
- Jak możesz się tyle bić?
- Dlaczego nosisz męski mundurek? - Teraz to obie przesadziły.
- Tak szczerze? Damskich nigdy nie ubrałabym przez to, że są brzydkie, głupie i za małe.
Po tych słowach ucichły. Powoli nasza droga dobiegała końca. Miku popadła w szał, iż musi się ze mną rozstać. Naprawdę jej zależy, lecz mi niezbyt. Ponownie niszczę marzenia.
- To do jutra... - Rzekłam i poszłam na przejście.
- Do zobaczenia! - Wykrzyknęły obie równocześnie i tak zakończył się nasz pierwszy dzień znajomości. A to jeszcze nie wszystko...

Wykonawca: 96neko
Tytuł: Gishinanki
Rok wydania: 2014

Krótka nadzieja dla tej piosenki: W sumie nie wiem co znaczy ta piosenka, bo nigdy nie sprawdzałam. Ach, te lenistwo... Jednak głos dziewczyny, która to wykonuje jest cuudooownyyy. Kocham to w niej. Według mnie głos ma świetny, ale wiele piosenek nie wybiera pod niego, a szkoda. Serdecznie polecam.

Tekst:

asobase ta shisen wa maadaa
kumo no naka mitai YOU WONDER
kanjirareru no wa sugoi
sakki YOU FEEL IT kyoui

koko de wa sema sugiru kara
dokka e ikō ka ima kara
hamidasu kanjou no iro
kimi ga ate te miro

girigiri no kodou no taiou
oboreru karada no mirai
tsukiatari wa miatara nai
kimi wa taerare nai

idaku no wa kyoufu? kibou?
mieru no wa donna moyou?
shinji tai toyuu omoi
kimi ni mada aru no kai?

sekai ga MAKE are mo kore mo FAKE
owari nai sei CUZ WE COULD PLAY THE GAME
NO MORE? WOW mo gake
koko wa sou WONDERLAND
NIGHT AND DAYS itsuwari no yume
osanaki me mayowa zu ni AWAKE
no more? wow
sekai wa zettai na AMAZING WORLD

ikioi makase ni IN YOUR MOUTH
kotoba ga zurari narabi masu
fureru kuuki no kiryuu ni
shitasaki de ka masu

oboe ta no wa fuan? iwakan?
kokoro kara shinjiru YOU CAN'T
kubetsu no tsuka nai kuukan
kimi wa ikireru no kai?

sekai ga MAKE namameka shii te
kitaru hametsu iza
what do you wanna break?
NO MORE? WOW wameke
koko wa sou WONDERLAND
ON YOUR WAY subete ni SUSPECT
hadaka no me misueru unmei
no more? wow
sekai wa zettai na AMAZING WORLD

kogoe ta hifu no kanshoku
obie ta manazashi no iro
kawai ta karada wa koko de
kimi no chi wo hoshi gatte iru

sekai ga MAKE are mo kore mo FAKE
owari nai sei CUZ WE COULD PLAY THE GAME
NO MORE? WOW mo gake
koko wa sou WONDERLAND
NIGHT AND DAYS itsuwari no yume
osanaki me mayowa zu ni AWAKE
no more ? wow
genkai no seimei yo AGAIN

sekai ga MAKE namameka shii te
ki ta ru hametsu iza
what do you wanna break?
NO MORE? WOW wameke
koko wa sou kiseki
ON YOUR WAY subete ni SUSPECT
hadaka no me misueru unmei
no more wow
sekai wa zettai na AMAZING WORLD


Przez cały dzień i przez całą noc lecieliśmy, aż jest następny dzień. 
- Jesteśmy w nicości! - Krzyczała optymistycznie Ada jak przez całą drogę, że to ptaszki piękne i w ogóle. Doprowadzało mnie to do wymiotów, ale chociaż wiedziałam, że można jej zaufać. Asa okazał się nieśmiałym o wielkim poczuciu humoru chłopakiem, uwielbia jeździć na deskorolce, jak i grać na perkusji. Ada była taką panną lekkości i dobrego serca. Wszystko ją cieszyło, a była nocnym łowcą.
- Dobra, to gdzie teraz? - Zapytałam patrząc na portale- No, co chyba mam prawo wiedzieć, nie?
- Ha! Zobaczysz! - Powiedział z uśmiechem i wskazał mi portal - Skacz, nic ci się nie stanie. Skocz i po prostu pomyśl, że jesteś normalnie na ziemi. 
- No chyba coś Cię boli. Ja tego nie zrobię! - Upewniałam go.
- Zrobisz! Masz to zrobić, bo każdy musi osobno wejść! - Krzyczała ze wściekłością dziewczyna, nie znałam jej z tej strony. Ta ruda to, jednak ostra... W pewnej chwili już leciałam w dół, gdy stanęłam. Wtedy pomyślałam: "Czas się nie zatrzymał. Wszystko normalnie działa." i z góry już leciał Asa z Adą na Pusheen'ym i Derp'ym. 
- Hehehe i żyjesz. Witaj w tym świecie, takim świecie, że to co paranormalne jest normalne. Masz skrzydła i latasz! Jest to kraina Jednorożków - tłumaczyła mi rudowłosa. O nie, miałam skrzydła. 
"Kim to byłam wreszcie?" pomyślałam i czekałam, aż podejdą do mnie. Nie podeszli i musiałam sama lecieć.
- Ejj! To wcale nie jest trudne! - Darłam się z radości. Kazali mi lecieć w stronę tęczowego wodospadu.
- Co tam jest? - Znów się ich pytałam.
-  Zobaczysz... - powiedział tajemniczo brunet. Stanęłam wreszcie na gruncie. Nogi zaczęły mnie boleć. "Odwykłam tylko na 5 minut i już boli" pomyślałam i szłam dalej.
Przeszliśmy na drugą stronie. Moim oczom ukazał się widok wspaniałego pałacu, tęczowego pałacu!
- Jest to pałac księżniczki Natalszy Miller. Tylko nie mniej z nią na pieńku. Nie polecam - mówił Asa i otworzyły się wielkie wrota do wnętrza zamku. Wchodząc od razu spostrzegłam, że wszystko tam było kolorowe, a ja byłam cała na czarno ubrana. Wtenczas wszyscy się zatrzymali, a ja szłam dalej. 
- Stój, no stój - szeptała Ada, ale ja jej nie słuchałam. Nagle zobaczyłam kobietę średniego wzrostu o włosach do karku, które były bez żadnego koloru. Była cała zapłakana, nawet łzy miała tęczowe. Podbiegłam do niej i się zapytałam co się wydarzyło. Wtedy podbiegł do mnie jej sługus, który wyglądał jak pluszowy jednorożec. 
-Według aktu 10 nie masz prawa jej dotykać, a według prawa 16 nie możesz się do niej odzywać, a również... - zaczął pluszak mówić , ale mu przerwałam.
- Przepraszam, Cię bardzo, ale z wielkim zaszczytem oznajmiam, że mam to w dupie. Witaj, jak Cię zwą? Ja jestem Korneliana Demyan. Nie, miło mi - powiedziałam oraz uśmiechnęłam się szyderczo i chciałam już iść, wtedy zaczął się jąkać.
- Kokokorneeliaaana Dededemyyan?! Toć to jest cud! Ludzie cud! Konie cud! - Nic nie rozumiałam. Ciekawe, czemu oni mnie tak uwielbiają.
- Chodź ze mną Korneliano coś ci pokaże - powiedziała Natalsza i mnie zaprowadziła do ciemnego pokoju. Już wchodząc zahaczyłam o coś. Księżniczka chichotała. 
- Odpal światło w pokoju swoim sercem - mówiła ciepło.
- A co ja mam wziąć swoje serce z ciała i je postawić na środku pokoju? Nie no spoko -zaczęłam mówić jak głupia, ale jej mina spoważniała. - Ale, że jak?
- Musisz być pewniejsza siebie! Co lubisz robić? - spytała.
- Hm, sama nie wiem... - odpowiedziałam. - Grać na skrzypcach elektrycznych i jeść? O i grać, to też lubię. Zapomniałabym jeszcze kocham być wiecie taka sadystyczna i masochistyczna. Takie tam wiecie!
-Dobrze, Calwin idź po skrzypce dla niej! - Zażądała bardzo stanowczym głosem.

- Ależ spokojnie ja mam swój klucz wiolinowy i sobie zagram, co będę chciała - odparłam zanim Calwin wyszedł z pokoju.
- Jakiż to klucz? - Zdziwiła się księżniczka.

-Zobaczysz... 
Ruszyłam do gry po długim czasie. W sumie tak czy siak wstydziłam się zagrać, ale zrobiłam to.
- Odkrywasz siebie kochana! - Wykrzyknęła władczyni Jednorożców i kazała innym wyjść, a mi zostać. - Widzisz te zdjęcia? To są zdjęcia z Twojego życia. 
Było to dla mnie szokiem co zobaczyłam. Pełno moich zdjęć w jej pałacu.
- Co te zdjęcia robią u ciebie w zamku?! Co to ma znaczyć?! - byłam trochę zła.
-Ciii... Cóż, te fotografie są tu z jednego powodu, aby ci wszystko wyjaśnić. Reszty dokładnie później się dowiesz, ale powiem ci tyle ile wiem. Twoja mama nazywała się Sydniey Demyan, a Twój ojciec Apollo Darknessen. Tak wiem inaczej się nazywa, ale ten tata, który Cię teraz wychowuję jest tylko zastępczym. To on ci zabił mamę w awanturze. On stosował na niej przemoc rodzinną, tak długo ją bił, aż ją zabił. Twoja matka nie była zwykłą istotą. Była aniołem śmierci, a Twój ojciec greckim Bogiem. Pamiętaj, że wszystko co niemożliwe tu jest możliwe. Od małego cechowałaś się wielkim zamiłowaniem do muzyki, ale to nie jedyna rzecz. Jesteś jedną z najlepszych dziewczyn w matematyce, ogrywasz nawet studentów. Masz smykałkę do technologi, jak i do tego, aby oczarować ludzi swoim urokiem. Mimo tego, że jesteś chłopczycą - mówiła skromnie, ale szczerze. Było to straszne, jak i kochane. - Posiadasz dużą siłę wewnętrzną, jak i zewnętrzną. Myślisz o wiele więcej niż reszta. Masz dobre serce po mamie, a wytrwałość po ojcu..
- Skąd o mnie tyle wiesz? Czemu tak twierdzisz? - Byłam w stu procentach strasznie ciekawa.
- O wybawicielce trzeba wiele rzeczy wiedzieć. Haha, ja jestem Natalsza, ja zawsze wszystko wiem - powiedziała z uśmiechem i oprowadziła mnie po pałacu. Pałac był piękny wiele tęczowych komnat, ale jednak za dużo różowego. Gdy skończyła mnie oprowadzać spytałam się jej, czemu płakała jak przyszłam.
- Możesz mi wierzyć albo nie, ale ona powróciła i nie sama - odparła.  - To ona mi to zrobiła. Teraz jestem bez mocy nie mam włosów nie mogę być królową!
- Ale kto? Jaka powróciła? - Pytałam z zaciekawieniem, jak i było mi jej szkoda.
- Ona, czyli Elizabeth Ostberg... - powiedziała z zgrozą. O zgrozo! Na pobliskim stoliczku znalazłam nożyczki i zrobiłam coś czego nikt się nie spodziewał. Obcięłam włosy do szyi, zamoczyłam w tęczowej farbie i podarowałam Natalsze. Popatrzyła na mnie, a ja pedofilsko się na nią popatrzyłam.
- Proszę, to dla ciebie one nie są mi potrzebne, Tobie tak - powiedziałam, a księżniczka przyłożyła moje włosy do swoich i od razu się połączyły. Z radości mi skoczyła na szyję. W szybkim tempie, jednak włosy mi zaczęły odrastać i stały się jeszcze dłuższe.
- To, jednak nie jest zwykła magia - powiedziałam do wszystkich i musieliśmy już lecieć dalej. Pożegnaliśmy się, że wszystkimi i poszliśmy po Teema, który znów przesiadywał u Kelsy. Jak słyszałam oczywiście to podobno się w niej podkochuje. Ma wiewióra gust. Polecam!
- Teemooo! - Zaczął się drzeć Asa - Mam głośniej?! Teemoo! Teemo ty gnojku chodź tu!
I od razu przylazł. 
- Czego chcesz Asa?! - Krzyczał swoim słodkim głosem, a ja się śmiałam. - No, co się śmiejesz?! A kopa chcesz panienko?

A ja wybuchłam jeszcze większym śmiechem.
- Mnie nie zrozumiesz - odparłam i wypiliśmy herbatkę u Kelsy. Kelsy mówiła po koreańsku, ale jedynie ja i Teemo ją rozumieliśmy. Nie ma to, jak być pseudo koreańskim pykaczem klawiatury! Trochę posiedzieliśmy pijąc tylko herbatę i chodząc do łazienki. 
- To, gdzie teraz? - Zapytałam Asę.
- Teraz to wynająć muszę z siostrą Jednorożce na dalszą podróż - odpowiedział chłopak.
- Już to widzę. Spierniczysz z nimi i tyle - przewróciła jego siostra oczami i była to prawda.
- Do Pitera! Do Pitera Rounta! - Krzyczał bardzo słodziutko Teemo.
- Kto to Piter? - Znów się spytałam.
- Nie pamiętasz Pitera z podstawówki? - Odrzekła Ada.
- Aaaa, to ten co zawsze każdą dziewczynę podrywał. Pamiętam, tego nie da się zapomnieć. On to taki zawsze był "pseudoskejter"

Asa zaczął inaczej na mnie patrzeć i w ogóle. 
- Korneliana, a może pójdziesz ze mną do fryzjera muszę je trochę podpiąć, bo idziemy wieczorem. Gdzieś, gdzie będziesz potrzebna - powiedziała z uśmiechem na twarzy jak zawsze i zaczęła grać na gitarze. Umiliło nam to czas. Po jedenastu minutach podróży przybyliśmy na miejsce. Do salonu fryzjerskiego. Każdy oczywiście się przywitał.
-Witam, to kto idzie pierwszy?-spytał się fryzjer i wskazali na mnie.-To co Ci zrobić? 
- Zrób jej pasemka i końcówki, i ładnie upnij - powiedział Asa.
- Czemu tak? - Bardzo zdziwiłam się, że mówił za mnie.
- Bo będzie Ci tak pięknie... - zawstydził się trochę. - Z przodu, po prawej stronie na jej czarnych włosach prosiłbym grube pasmo białych włosów, a na to dwa fioletowe. Po lewej stronie 3 fioletowe, ale najpierw podciąć końcówki, znaczy tak trochę wycieniować, a następnie upiąć w ładnego koka!
Oczywiście każdy się dziwnie na niego spojrzał, ale w sumie podobał mi się taki układ.
- A ta druga pani? - Zapytała fryzjerka.
- Ja po proszę o piękne uczesanie włosów. Tak melancholijnie - poprosiła Ada fryzjerkę.
Fryzjerzy zaczęli, a Asa zaczął się tylko przyglądać. Śmiał się, podziwiał i wzruszał. Gorzej niż, jak kobieta w ciąży. Ada była już gotowa, a ja miałam już tylko włosy do ułożenia.
- Ejjj, a czemu tak szybko je robimy? - Kocham się ich pytać.
- Idziemy tam gdzie czas od razu się zmienia na późniejszy. Przedstawiamy Ci podróż, między wymiarami - zaczął opowiadać Teemo. - Jeśli teraz polecimy do krainy Czarodziei na bal maskowy! Jak w Wenecji co piękne korale ukradłeś Asa! Pamiętasz!
- A jaka to kraina? - Pytając się mocno śmiałam.
- Novocaine. Wypieprzaj Teemo i czekaj na zewnątrz! - Wściekł się chłopak.
- Proszę, skończone! Także po prawej stronie jest kawałek białych włosów, a na nich fioletowe pasemka. Po lewej stronie od razu są fioletowe pasemka. Fryzura to taki dosyć luźny kok, aby nie ciągnęło pani włosów. Zaraz go wykonam to naprawdę zajmie chwilkę - powiedziała z uśmiechem fryzjerka, ponieważ bardzo mocno była z siebie zadowolona, ale jeszcze musi mi je związać.
- Ahahaha, już to widzę ta pani to z cztery godziny po stoi, aby ci je związać! - Śmiał się Asa -Ubezpieczenie jej za to zapłacisz!
- Ja jej odszkodowań w miejscu pracy nie załatwiam - odpowiedziałam żartobliwie i zaczęła mnie pupa boleć. Inni się bardzo mocno nudzili, a ja prawie tej kobiecie zasnęłam.

- Jaaaaa, ile to ja muszę jeszcze tu siedzieć?!-zaczęłam się drzeć, bo już miałam dość.
- Ufff, gotowe! - Darła się z radości fryzjerka.
- Dobra, dziękuje i do widzenia! - Obudziłam resztę ekipy i szliśmy do pałacu Natalszy się przebrać. Zaczęliśmy szybko biec, bo mieliśmy nie wiele czasu. Po dziesięciu minutach szybkiego biegu dobiegliśmy do pałacu. Byliśmy bardzo mocno zdyszani.
- Po balu lecimy po Emilię i tego tam nerda... - mówił Asa, ale mu przerwała Natalsza z bardzo ważną wiadomością.
- Ona powróciła nie bez powodu i nie sama... - zaczęła mówić z przerażeniem Natalsza-Współpracuje z takim jednym okularnikiem o czarnych włosach, a na końcówkach ma żółte. Nosi sweterki w kratkę i czarne rurki. Od razu mi się skojarzyło z Dr Jeneckdy.
- Wiem kto to może być. Podawał mi leki i zastrzyki na psychotropach. Jest doktorem w Islington. Siedział w więzieniu za porywanie i eksperymentowanie na dziewczynach, które są mniej więcej w moim wieku - powiedziałam i poszłam do garderoby.
- Chodź, pokaże ci jaka sukienka na Ciebie czekała - odparła szybko Ada i pobiegła w głąb szafy i po dwóch minutach już wróciła. - Proszę o to suknia dla Ciebie. Jest Twój rozmiar, o masz bardzo duży! Hihihihi! Dobra, masz i idź się szybko przebierać!
Podziękowałam i za zasłoną się przebrałam. Suknia była czarna z rozkloszowanym dołem. Była z sztywnego materiału, ale miękka w dotyku. Cała czarna, podobało mi się to.
- Dobra, wyruszamy do Novocaine i ostrzegam przechodzimy przez sferę zmiany czasu! - Ostrzegł Asa w szarym garniturze. Ada miała ubraną piękną biało-zieloną suknię. Podróż nie zapowiadała się łatwa.
- Witamy w Novocaine! - Przywitał nas strażnik w długiej szacie. Była to piękna kraina o starodawnym zarysie. Mój dom przy tych wyglądał bardzo modnie. Znajdowała się na wielkich stromych górach i kanionach.
- Ada co ty trzymasz w tym pokrowcu? - Byłam bardzo ciekawa.
- O, tu w tej? W niej trzymam mój łuk i noże do walki wręcz - powiedziała jak zawsze z czystym sercem na sumieniu.
- Bum, bum Twoja matka to lama i kąpie się wiadrze - kłócił się Teemo z Asą. Teemo'wi to nie wychodziło. Asa mu gadał tylko przekleństwami. Dolecieliśmy do chatki z brzozy. Uuuuuu, brzózki i nagle mi się przypomniał Dominik.
- Korneliana! - krzyczał głos podobny do Emilii - Cześć, długo się nie widzieliśmy! Wow, świetnie wyglądasz. Jeszcze jest Rychliś powiedział, że chcę wreszcie Ciebie spotkać.
- To, bardzo miłe, ale jak tu się znaleźliście? Przecież tu jest, wcale nie łatwo się dostać - zaczęłam mówić - A wy też idziecie na bal? My na razie idziemy do Pitera... 

I właśnie on mi przerwał.
- Witaj, wiedziałem, że będziesz chciała, aby tu byli i są. Oni idą na bal, ja również.
- Na, którą godzinie jest ten bal? Chyba, mam prawo wiedzieć, nie? - zapytałam z uśmiechem.
- Na 20.30 musimy się znaleźć pod aulą - powiedział Asa i było widać, że jest mu zimno.
- Co my tam będziemy tańczyć? Może im coś zaserwuje z mojej listy - śmiałam się, wymachując dziwnie rękoma.- Wiesz, będą takie bity i w ogóle.
-Haha, nie będziemy walce, belgijki, tango tańczyć i takie tam podobne - odpowiedziała Ada.
- Ooo, to ja będę z Emilią zawsze to chciałem. Kiedyś chodziłem do szkoły baletowej. Zdobywałem nagrody... - tak sobie Rychliś opowiadał, a my się na niego tak patologicznie patrzeliśmy.

- Dobra, ja muszę się przebrać wejdźcie, żeś w moje skromne progi - odrzekł Piter i pobiegł. Pomyślałam sobie, wtedy: "Naprawdę skromne progi. Skrzypiące krzesła, pajęczyny i, i, i rozwalona lodówka! O, nie to już przesada!" Było mi szkoda lodówki. Lodówki są piękne, ponieważ trzymają tam jedzenie i takie tam...
- Nie, no nudy tu są. Co oni mogą tu robić?! - ze złością się dopytywała Emilia.
- Chodź ze mną to ci pokaże! - wykrzyknęłam i wszyscy się na mnie spojrzeli i poszli ze mną.
- Patrz i ucz się jak to kończy... - nie dokończyłam, bo z adrenaliny skoczyłam na chmurę, o dziwnym kolorze.
- Chodźcie, jest świetnie! - Wykrzyczałam z radości i pokazałam znak, że ma się odwalić. - No, co wy jest zajebiście! 

Jak się dowiedziałam, że chmury są ich zwierzętami skoczyłam w dół.
- Nic Ci się nie stało? - Spytał się Rychliś z przerażeniem. Po chwili wróciłam na linię, a za mną leciały nietoperze. Potem wskoczyłam na platformę, z której wylatują Czarodzieje i zahaczyłam, o jedną z tych mioteł. Leciałam do góry nogami, ten widok był taki dobry, aż zapierał dech moich płucach i zaczęłam się dusić. Tak, tak mam astmę i atopowe zapalenie skóry, dlatego nie mogę grać w drużynie koszykarskiej.
- Pani, co pani tutaj robi? - Pytał się Czarodziej w długiej brodzie, a ja skoczyłam w dół. Leciałam, odpływałam, aż stanął czas. Wyciągnęłam rękę do przodu, aby się o coś złapać, gdy czas nagle znów płynął, a ja nie spadałam. Nie wiedziałam, co się działo. Czułam, że to już jest inny świat. W pewnym momencie podszedł do mnie mężczyzna. Był on ubrany w białą, długą szatę i czarną bandanę, która zasłaniała jego całą twarz, prócz oczu.
- Idziesz ze mną! Idziemy do wyroczni! - Krzyczał mężczyzna, który nie wydawał się groźny.
- A co ja niby zrobiłam?! Nie jestem grzesznicą! - Darłam się.
- Tak, czy siak, sama się nie ruszysz! - wykrzyknął i ciągnął mnie za rękę. Gdy mnie tam, gdzieś dociągnął, rzucił mną na swoje plecy i skoczył w złotą otchłań.
- Hera, koka, hasz , LSD... - śpiewałam sobie z nudów, a on już wścieklizny dostawał.
- Czy ty kurwa możesz przestać?! - Nie wytrzymał. - Co ty masz jakieś chore ADHD?!
- Tak, skąd wiedziałeś? - Spytałam się żartobliwie.
- Jezu, jesteś czysty ojciec. Zachowujesz się, tak samo ja on.-marudził.
- Ty! Ale, chyba to dobrze nie?-znów się pytałam i już mi nic nie odpowiedział. Po paru chwilach się odezwał.
-Tu czas, nie leci. 
I już wiedziałam, że o czas na bal nie muszę się martwić. Dotarliśmy do świata, gdzie pełno bieli i złocistości, a pod nami starożytne, brudne, ciemne, szare miasto greckie.
- Dziewico, boginio, wybawicielko idź z przodu - powiedział facet. - Jestem Hermes, miło mi! 
Wtedy pomyślałam "O, nie! Jestem na Olimpie, ale czemu właśnie ja?!" Po jakimś czasie, (oczywiście tam czas, nie leci) dotarliśmy do świątyni. Była cała usypana zmielonym złotem, a Hermes mi podpowiedział, że jeśli nie uwierzę to, nie zobaczę. Na wszystkich budowlach były wyryte napisy w staro-greckim języku, które z czasem rozumowałam. Nagle stanął i wpadłam w niego, chyba nic nie zajarzył.
- Stój! Wrota Dionizosa muszą się otworzyć! - Wykrzyknął i przywalił mi w twarz łokciem. Nie był to przystojny łokieć. Wielka brama zaczęła się otwierać, była cała w winoroślach. (Będzie winko! Będę miała się czym wreszcie nachlać) Weszliśmy do środka i się rozejrzałam. Wszystko miało kolor złoty, wszędzie był nektar w wielkich baniakach. Kazał mi wejść do środka i weszłam. Po prawej stronie był basen wypełniony kozim mlekiem, po lewej, zaś złote bronie. Wszedł, nagle Zeus, byłam jedyną osobą, która mu się nie ukłoniła.
- Słuchaj, ja ci nie będę się kłaniać, modlić, czcić, myć, a tym bardziej salutować! Mam do ciebie jedynie jedno pytanie! Kim ja jestem, po co tu jestem i gdzie jest mój ojciec?! - Wykrzyknęłam wszystkie zdania. Bóg piorunów spojrzał się na mnie wielkimi oczami.
- To ty nie będziesz... - zaczął mówić, ale mu przerwałam.
- Przepraszam, Cię bardzo, ale ja sobie nie dam pomiatać, a Ty w tym momencie dajesz. Jak widać, to nawet dziecko, by Ciebie we wszystkim pokonało - z ledwością te ostatnie słowa wydusiłam. Widać po nim było, że wyszedł na nikogo.
- Wyzywam Cię na pojedynek! - Wykrzyknął i chciał już iść.
- Kobiet się nie bije! Ale dobra, to kiedy dziś czy kiedy? - Uśmiechnęłam się od ucha do ucha.
- Do tego czasu, aż ja nie przyjdę z Herą! - Krzyknął ciągnąc kobietę na siłę. Nie była zadowolona. 
- Witaj, jestem Ares. Chodź pokażę Ci broń i takie tam - powiedział i zabrał mnie do  pomieszczenia z tym wszystkim, co potrzebujemy.
- Dużo, tego wszystkiego - odparłam i podziwiając wszystkie stroje klas.
- Jesteś z rodu Szelm. Dam Ci ich strój, a broń musisz wybrać między dwoma albo kusza, albo sztylety - odpowiedział i czekałam, aż przyjdzie. W rękach trzymał strój, według mnie z chustek, ale naprawdę była z jedwabiu. Ubranie było całe czarne, tylną część noszono tak, aby najdłuższe kawałki materiału leżały na ziemi.
- Teraz tylko broń, chodź! - Odparł, a ja zostałam i wyjęłam moją laskę w kształcie klucza wiolinowego. Pomyślałam, o tym, aby się zmieniła w sztylety i się zmieniła.
- Jak ty to zrobiłaś?! - Zapytał zdziwiony.
- Normalnie! - Odparłam i zaczęłam się nimi bawić.
- Stop! Nie wiesz, jak ich używać! Idziemy na pole Hefajstosa! - Odrzekł Ares i tam poszliśmy. Pole Hefajstosa, to było pole, gdzie były stare urządzenia i narzędzia, które mu nie wyszły.
- Wątpię, aby dziad przyszedł. Już to widzę - odparłam i kazał mi iść na wprost.
- Też, tak myślę, ale Twój ojciec kazał mi to zrobić, aby Cię nauczyć władać tym. Powiedział, że to się dziś Tobie przyda - powiedział tajemniczo - A i mów mi wujek, bo przecież jestem bratem Twojego taty. Dobra, nauczymy Cię podcięć i krzyku oszałamiającego.
I tak zaczęliśmy naukę. Śmieliśmy się przy tym bardzo mocno.
- Noga idzie w górę... - zaczął mówić. - Przewrotka do cholery!
- Ale jaka?! - Już nie wytrzymywałam, bo nie tłumaczył wszystkiego dokładnie. - A może versus? Ty przeciwko mnie.
- Jesteś poważna?! Umiesz, tylko trzymać broń. Dam ci fory - mówił ze zdziwieniem.
-Nie, nie dasz. Dam radę, nie martw się - odpowiedziałam z szczerym uśmiechem i ustawiliśmy się. Przyszła, nawet Atena z Afrodytą i Nimfami. Stryj ubrał swą złotą zbroje i broń, wyglądał, jak Spartanie w moich podręcznikach do podstawówki.
- Liczę do dziesięciu i walka się rozpoczyna! - powiedziała z dumą Atena i zaczęła liczyć - 1... 2... 3...
- Nie dasz rady, ja ci krzywdę zrobię - powiedział cicho Ares i bogini skończyła liczyć. Walka się zaczęła. On stosował walkę Templariusza, a ja karate i walkę wręcz ze sztyletami. Podcięcia, salta, zasłonę dymną, gorącą krew, kombo. Po jakimś czasie mnie przewalił i przypomniałam sobie, że mój głos nie jest zwykły. Zaczęłam śpiewać i małymi kroczkami się do niego zbliżałam. Stawał się osłabiony, aż padł i dźgnęłam go w kark.
- A mówiłeś, że Cię nie pokonam - wysyczałam przez zęby i go oplułam. Boginie były zdziwione, a wujkowi było wstyd. Myśląc, o tym balu pośpieszyłam się do tego portalu, z którego wyskoczyłam z Hermesem. I tak wróciłam do rzeczywistości. Gdy wróciłam, znów byłam w tej samej pozycji tylko, że leciałam. Miałam to samo ubrane, co na Olimpie. Wtedy rozłożyłam skrzydła i zajarzyłam, że mogę walczyć w powietrzu. Wróciłam do całej reszty. Patrzyli na mnie ze zdziwieniem. Wtedy wyszedł Piter i zaczął mówić.
- To teraz, pewnie wiesz, że jesteś z rodu szlacheckich Szelm. Jesteś potomkini Czarnej Zmory. Kobiety, która wyzwoliła kraje słowiańskie z rąk Niemców i Austriaków - i skończył.
- Nie, przebiorę się zobaczycie, czemu - odparłam i poszłam z Emilią coś zjeść.
- Ejj, czekaj! Słuchaj, chodź coś Ci powiem na ucho - wyparł z siebie Rychliś i do niego podeszłam.
- No, co się stało? - Zaczęłam pierwsza szeptać.
- Myślisz, że mi się coś uda z Emilką? Wiesz zależy mi na niej, a głupia jak reszta dziewczyn nie jest. Sama, na pewno tak myślisz, bo się z nią przyjaźnisz - szeptał chłopak.
- Jasne, jasne, że tak - skończyłam i się uśmiechnęłam, a on był pełny radości. Zaczęłam z przyjaciółką, mu buszować w szafkach, aż tak szczegółowo, że rozwaliłam drzwiczki. Tym bardziej, że on w swojej lodówce nic nie miał, bo była zepsuta. 

- Nie stać Cię Piter na czajnik?! - Krzyczałam. Powiedział mi tylko tyle, iż podobno jego mama od niego pożyczyła. Naprawdę, bardzo normalne.
- Może, zaczniemy się zbierać? Nie wiadomo, jeszcze czy zdążymy - zaczął mówić Asa i skończył.
- To dobry pomysł - odparła Ada. - Możemy, wtedy pomóc w przygotowaniach! 
Jednogłośnie wypowiedzieliśmy tak i zaczęliśmy zbierać nasze rzeczy na Jednorożce.
- Ja nie lecę na nich, wolę lecieć na skrzydłach - wypowiadając poprawiałam bandanę i wystartowałam do lotu. Nie umieli mnie dogonić, a wyruszyli minutę później. Umiałam latać, cofać czas, rzucać klątwy, walczyć i opętać przeciwnika głosem. To było już chore. "O, żeś kurde... Wielka ta aula." pomyślałam i moje oczy nie dowierzały. Na widok, takiego wielkiego pomieszczenia, którego jeszcze się nie widziało, to tragedia. Czekałam na nich, aż dziesięć minut.
- Wreszcie! Wchodzimy, bo już mi się nie chcę tu stać. Wystarczy, że już tam jakiś gnojek się na mnie, dziwnie patrzy - powiedziałam przez mocno oplutą bandanę i posłuchali mnie, więc weszliśmy. Trwały już przygotowania, wszyscy biegali i wymachiwali różdżkami. Latały meble, jedzenie, dekoracje i takie tam pierdoły. Oczywiście, jak zawsze jakieś dziecko rzuciło we mnie stołem, więc mu przywaliłam krzesłem. Już nie wróciło.
- Mamy jeszcze godzinę i trzynaście minut! - Wykrzykiwał, chyba z pięć razy Rychliś i kazaliśmy mu iść do "pseudodidżeja".
- Ja idę do kuchni, coś powyżerać - powiedziałam i się ze mnie śmieli. Dla mnie to normalne, że zawsze wyjadam jedzenie. Poszłam do kuchni i zaproponowałam pomoc, przyjęli ją i zwarcie pracowałyśmy śpiewając "Mamma Mia" ABBY. Świetne kobiety, to były. Po trzydziestu minutach gotowania, pieczenia, dekorowania, nasze ciasta i inne desery wjeżdżały na stoły. Mieli kuchnię z całego świata, to było cudowne! Dobra, koniec o tym żarciu, bo to jest nudne.
- Hahaha, a może karaoke? Skusisz się Korneliano? - Rył ze śmiechu Asa.
- Tak, oczywiście!- Wykrzyknęłam pełna entuzjazmu i podeszliśmy do Rychlisia i tam, tego dziwnego DJ. Kazaliśmy włączyć Nirvanę "Smells Like Teen Spirit" i tak zaczęliśmy śpiewać, i grać. Wyglądaliśmy, jak byśmy byli przyjebani, bo chyba, jednak tak jest. Dochodziła powoli 20.30 i przychodzili, niby jakieś za wielkie się uważające szlachty i żeby nie było mi wstyd przyciągnęłam do siebie Asę. Tak, jakoś odruchowo i dziwnie.
-Posrane, te szlachty. Ja jestem wieśniarą i mi dobrze! - Mówiłam z oburzeniem, bo niedobrze mi było na widok, tak pustych i głupich większości współczesnych dziewczyn. Nic, nie mówię, że wszystkie takie są.
- Potwierdzam, zgadzam się w stu procentach! - Zaczęła tak gadać Emila, ponieważ przy niej stał Rychliś. Wreszcie zobaczyłam dziewczynę, o podobnych rysach twarzy, co mój prawdziwy ojciec. To na pewno, nie był przypadek. I się tak dziwnie poruszała, aż doszła do Pitera. Zaczęło mi się kręcić w głowie i pobiegłam do toalety, ale trochę mi zajęło, zanim je znalazłam. Łazienki zostały uporządkowane, tak, że są dla terrorystów i terrorystów. Znów przyszłam na salę, aby z siebie idiotkę robić. Stałam na środku jak głupia dopóki do tańca nie zaprosił mnie naprawdę przystojny i wysoki mężczyzna.
"Witam, miło mi Ciebie, znów widzieć po dobrych dziesięciu latach. Wyglądasz, tak samo, ale inaczej. Twoje poczucie humoru, jest bardzo dobre, więc dla mnie też bądź. Zostaniesz moimi zwłokami i nikt Ci nie pomoże!" mówił czyjś głos w mojej w głowie. Na pewno to, jest ta dziwne poruszająca się i zaczęła w moją stronę dążyć. Wyjęłam klucz i zmieniłam go w skrzypce, na których nie umiem grać, gdyż są inaczej skonstruowane. Dziewczyna miała matową cerę, czarne krótkie włosy, czerwone oczy i ubierała się w stylu gotyckim i emo. (Takie pół na pół) Podejrzewałam, że to wampir. Nie wiedząc, co robić zaczęłam grać na skrzypcach. Wybrałam piosenkę Michaela Jacksona "Smooth Criminal". Przyłączył się do mnie Butters (lubię na niego tak wołać) i zaczęliśmy. Tylko my trójkę mogliśmy się poruszać, reszta stanęła. Piosenka ta zatrzymała innych, ciekawe nie powiem.
- Zginiesz! To nie fair, że to Ty, a nie ja, mam taką moc! - Krzyczała dziewczyna i rzuciła się na nas.
- Eleanor, co ty robisz?! - Darł się Asa, pewnie skądś ją znał.
- Ojciec, nie powinien jej obdarowywać, tylko mnie! Jestem osierocona, wtedy kiedy skończyłam cztery lata i sama się wychowywałam! - Krzyczała z histerii, a ja nie przestawałam grać. Ciągnęła dalej. - Jeszcze jestem Wampirem, który powinien mieć wszystkie moce, a mam tylko telepatię! Zostałam satanistką, bo tylko mi to zostało!
Kończąc ostatnie słowa rzuciła się na mnie. Odskoczyłam i złapałam ją za nogę, i rzuciłam w stół. Rozwaliła go. Jedzenie poszło w górę, więc we nim rzucała. Chłopak poszedł wynieść, wszystko co wartościowe. Bał się, że ktoś z jej ekipy, to wyniesie. Zmieniłam szybko skrzypce w sztylety. Rozwinęłam skrzydła i wyrwałam belkę z sufitu, rzucając w nią. Upadając na ziemie Eleanor, zmieniła się w nietoperza, który leciał w kierunku kuchni. Spotkałyśmy się tam, gdzie wykonałam rzut sztyletem z liną. Trafiłam prosto w udo i ją pociągnęłam, tak, że wyleciała z okna. Również wyskoczyłam, aby dobić dziewczynę do końca. Złapałam wampirzyce za szyję i pchałam w dół, wreszcie trzasnęła w chodnik. Wszyscy znów zaczęli się poruszać, a krótkowłosą zabrali mężczyźni ubrani w kolczaste zbroje, którzy wrzucili ją na latającą jaszczurkę i odlecieli.
Ekipa mnie pochwaliła, a bal z powodu zniszczenia sali, został zakończony. Nie rozumiem za co tak pochwalili. Nie musieliśmy posprzątać, więc wróciliśmy do domu Pitera. 
- Niezła rana na plecach. Nigdy jeszcze takiej nie widziałem - mówił czarodziej, opatrując mi, właśnie tą ranę. 
- Wiecie co? Warto byłoby się przespać. Z samego rana, jedziemy do mojej rodziny. Do Krainy Ciemnego Snu. Mieszkają tam tylko Nocni Łowcy. Na śniadanie, coś weźmiemy z sadu pani Vibby - powiedziała Ada i poszliśmy spać. Droga, znów nie zapowiadała się łatwa. Mimo, że to robiło się już męczące musieliśmy iść tylko w przód i się nie zatrzymywać.
Nowsze posty Starsze posty Strona główna

Logo

Obserwatorzy

Popularne Posty

  • Wakacje
    Cześć! Na pewno większość z was już była na wakacjach, a z czym to się łączy? Z wspomnieniami, które pamiętamy na lata. Z resztą i tak nie...
  • Hej ho!
    Kolejny raz witać się nie będę. Nazywam się Jagoda i jestem dosyć młodą dziewczyną, znaczy - babochłopem. Posiadam charakter osoby na swój ...
  • Piosenka tygodnia #1
    Wykonawca: Ghost Town Tytuł: You're so screepy Rok wydania: 2014 Krótka nadzieja dla tej piosenki: Osobiście znalazłam ...
  • One, dos, se? Anime! #1
     Pamiętnik Przyszłości Oryginalny tytuł: Mirai Nikki Rok wydania oraz emisji: 2011-2012 Liczba odcinków: 26 Długość odcinka: ...
  • Oznaczona krwią... #2
    - Hej! Wstawaj! -Zaczął mówić jakiś mężczyzna z wysokim głosem. - To nie nocleg dla meneli! - Powiedział facet z niskim głosem. Szturchali m...
  • Piosenka tygodnia #2
    Wykonawca: Amaranthe Tytuł: The Nexus Rok wydania: 2013 Krótka nadzieja dla tej piosenki: Zaszkodziłam sobie tylko tym, iż ten ze...

Kategorie

  • Animuu
  • Bzdety
  • Głębsze przemyślenia
  • Na długie wolne chwile
  • opowiadania
  • Piosenka tygodnia
  • Troszku o mnie

Archiwum bloga

  • ►  2024 (1)
    • ►  marca (1)
  • ►  2017 (3)
    • ►  lipca (2)
    • ►  kwietnia (1)
  • ▼  2016 (22)
    • ►  października (4)
    • ▼  września (8)
      • Oznaczona krwią... #5
      • Oznaczona Krwią... #4
      • Yayoi, Miku i Mikuyu
      • Piosenka Tygodnia #5
      • Oznaczona krwią... #3
      • Piosenka tygodnia #4
      • Oznaczona krwią... #2
      • Chitso to Minami #2
    • ►  sierpnia (4)
    • ►  lipca (6)

O mnie

Felishya
Wyświetl mój pełny profil

Translate

Odwiedzinki

Copyright © 2016 Mysli, których nie spodziewal sie nikt.... Created By OddThemes & Distributed By Free Blogger Templates