-Aaaaaagh! - Wstałam z krzykiem. I nie wiem co się dzieję. Co mogło się stać, że zaczęłam krzyczeć w środku nocy. Tym bardziej o godzinie 3.33. Wtedy nagle tata wszedł do pokoju i zaczął rzucać wszystkim co miał pod ręką.
- A co tu kurrrde się dzieję?! Czy ja coś nie wiem od razu się tłumacz! - Zaczął krzyczeć jak opętany.- No co się tak patrzysz? Ojca nie widziałaś?!
- Nie, tak nigdy upitego jeszcze nie! - Wtedy to ja zaczęłam krzyczeć. Udawało mi się to.
- Jutro z Tobą sobie porozmawiam! Jaka ty pyskata! - Wykrzyknął i zamknął drzwi z hukiem.
- Jeśli w ogóle dożyjesz...- mruknęłam pod nosem i skierowałam się do łazienki.
Gdy doszłam do pomieszczenia zrobiło mi się nagle zimno, a przecież jest początek lipca. Nie, nie powinnam być chora. Weszłam. Musiałam w stu procentach wziąć prysznic. Nic innego nie musiałam. Po paru sekundach podczas kąpieli usłyszałam jazgoczący w uszach rumot. Mógł być to ojciec, ale wątpię. Od niego to co najwyżej stukot kobiecych butów. Po skończonej kąpieli niepewnie wyszłam z łazienki, a wtem zastałam na biurku wyrwaną kartkę z notatnika. Nie była to zwykła kartka, lecz pergaminowa. Była wielkości kartki A5 i w rogu miała czerwoną plamę. Pachniała ona krwią, ale nie ludzką. Pismo również nie było zwykłe. Niestety nie dałam sobie rady to wszystko odczytać, ponieważ było w innym języku, w całkowicie mi nieznanym... Chyba... Zachciało mi się spać, ale jednak nie mogłam przez to wszystko zmrużyć dobrze oka. Jedno pytanie, jedna odpowiedź. Wtedy pomyślałam: "Co to mogło być lub kto? Czemu ja? Czemu nie mógł to być ktoś inny?" I od razu odpłynęłam w ramiona Morfeusza.
Z samego rana budzik zaczął dzwonić jak szalony, a do pracy na ósmą.
- Co to ma być poranna pobudka wojskowego?! Znów ten pijak wywlókł do mnie swój zegar! Paskudny leser, nierób! - Zaczęłam wykrzykiwać sama do siebie. Próbowałam jak najszybciej z całej mojej siły się zebrać i już biec na autobus. Tak może i mam 15 lat, ale los tak zechciał, że pracuje już w tym roku w bibliotece. Nie ma to jak mieszkać na uboczach miasta, gdzie pełno od patologii do której sama oczywiście należę. Chcąc nie chcąc nikt sobie nie wybiera rodowodu. "Ufff, ale ukrop gorzej niż w Grecji." Pomyślałam i skupiłam się na drodze w kierunku przystanku autobusowego. W momencie, gdy przechodziłam przez skrzyżowanie pewien mężczyzna z powodu swojej nierozważności i braku odpowiedzialności bezczelnie wjechał w moją osobę, bo chciał tak jak ja skrócić sobie drogę na wskroś przez park, ale myślę, że mógł spokojnie zarzucić, którykolwiek kierunkowskaz i mnie wyminąć. Niech ma zupę przesoloną, dziurawą skarpetkę i dzieciaki dały w kość, a szef nie dawał litości. Zaraz od razu zaczęły mi się robić granatowo-zielone siniaki, a następnie wbiegłam na ostatnim sygnale do autobusu i skasowałam kartę miejską. Znając życie jak zawsze nie ma miejsca, ale tym razem jednak było... Była na siedzeniu ta sama kartka, ta sama plama, te same pismo, ale inne zdanie. Było napisane w języku starogreckim. Spóźniłam się, nie ukrywam! Przywitałam się, jednak nikt nie odpowiedział i ani drugi raz i ani trzeci, i wtem kolejny. Segregowałam książki alfabetycznie do momentu, w którym cały czas się zacinałam kartką. Moja krew nie była czerwona i nie miała metalicznego posmaku... Była wręcz czarna i pachniała świeżymi różami. Po tym wszystkim postanowiłam sprawdzić w słowniku polsko-starogreckim, co to wszystko mogłoby znaczyć. Jednakże byłam załamana tym co wówczas przeczytałam... Chyba jeszcze gorzej i absurdalnie abstrakcyjnie być nie może, chociaż dobrze wiem, że już teraz intuicja ostrzega mnie przed trudnościami i to nie lada błahymi. Dochodziła moja godzina zmiany zmian z Martyną. Jak przyszła była cała zapłakana, kompletnie nie wiedziałam co jej jest, a jej aktualny stan nie pomagał mi ciut-ciut w czymkolwiek. Była w takiej histerii że nic nie mogła od siebie coś powiedzieć, połykała wielkie hałdy powietrza, miała całkowicie, aż po ostatni centymetr zatok zapchany nos, a do tego cały ten stres doprowadził ją do stanu, że nie kontaktuje i nie wyduka z siebie przez długi czas ani słowa. Zaczęłam ją uspokajać najlepiej, jak umiałam. Trochę czułości okazanej przytulaniem i spokojnym szeptem okazało się skutecznie. Gdy już ochłonęła w pełni, wszystko mi wytłumaczyła od A do Z.
- Zaczęło się tak, że mój synek Antek miał wymioty, potem gorączki i takie tam, wiesz jak to jest z dziećmi. W przedszkolach przeważnie panuje jelitówka, więc człowiek nie zakłada najgorszego, cóż. No cóż, co! Człowiek srogo zdziwić się może! - zaczęła mówić z duszą na ramieniu. Jednocześnie próbując na okrągło powstrzymać łzy żalu, strachu i tęsknoty. - Aż musiał trafić na OIM'om w trybie natychmiastowym, zagrożenie życia. Wydaje mi się, że jednak naprawdę się zbliżamy do naszego końca, a istoty wszelakie, gdziekolwiek, a może nawet hen daleko zamieszkałe, zaczną przybywać do naszej codzienności, a w następnej kolejności doprowadzić do zgładzenia. Chociaż może wydarzy się lepszą opcją i najwyżej zniewolenie nas doczeka - skończyła, a ja poszłam w miasto z głową zagraconą nadmiarem surrealistycznych wydarzeń, słów, zachowań i obrazów, może i również dźwięków. Poszłam do supermarketu zakupić małe conieco do pracy na głoda. Przeszłam przez drzwi automatyczne, które kręcą się w kółko i nagle z sekundy na sekundę cały supermarket stawał mi się co raz bardziej rozmazany. Mgła i głuchota, jak pod wodą, aż w końcu coś pękło, znikło i zemdlałam...
-Hę? Gdzie ja jestem? - Spanikowałam -O, ale fajny sufit, czemu on ma takie różne wzorki? Jak Ty majster, żeś to wykombinował. Tu jest lepiej, niż jak u Rutkowskiego, nawet jak znów zarobi na fałszywej aferze i śledztwie, to wciąż nie będzie go stać na takie luksusy.
- Jesteś w szpitalu Korneliano Demyan. Słyszysz mnie dobrze? Rozumiesz co do Ciebie mówię? Halo? - mówił Dr Jeneckdy, a ja skinęłam twierdząco głową, bo próbowałam się w ogóle skupić na treści, która dociera do mnie, jakby mówił do mnie zza lustra. - Dostałaś nagły napad szału w sklepie na skrzyżowaniu ulic Króla Artura i Handlowców Morskich. Grozi Ci kara ze strony służb oraz państwa, nie ujdzie to bokiem Tobie. Taki pech...
-Mi? Ale ja nic nie pamiętam! Mam doszczętną pustkę w swojej głowie! Ja chcę wyjść! Chcę dowody, że tak było! To ja Cię pozwę, jeśli manipulujsz! O zniesławienie, o wszystko! Nie masz prawa ludzi traktować jak śmieci! -Krzyczałam na cały szpital, przynajmniej taki był mój zamiar.
Niespodziewanie w tym samym czasie specyficzny, a zarazem ekscentryczny lekarz, szybkim krokiem wyszedł z sali. Jednym ruchem obrócił się i nerwowo pospieszył. A moja osoba nadal czuła się na haju po tej, rzecz biorąc założonej przeze mnie tylko i wyłącznie rzekomej dawce leków uspokajających, które z pewnością nie zostały mi pożałowane.
Przywieźli mnie na oddział psychiatryczny dla dzieci i młodzieży, mimo że ja rzeczywiście tam nie pasowałam. Dało się to odczuć w panującej atmosferze. Wtenczas przyszła pielęgniarka z Dr Jeneckdy.
- Witaj, młoda panno, już Ci przeszło? Zeszło z Ciebie nieco tej zagrzanej pary? Dziewczyno! Jak Ty impulsywnie reagujesz! - Zaczął swoją tępą gadkę, mówił strasznie zmanierowanym głosem oraz nienaturalną dla większości tonacją.
- Kochaniutka, trzeba ci krew pobrać... Daj rękę do przodu i zaciśnij pięść - mówiła pielęgniarka, która wydawała się podejrzanie zbyt miła, a także równocześnie śpiesząca się tym, co ma wykonać. Podeszli do mnie z dziwnymi strzykawkami. Ich pojemność zdecydowanie była większa od standardowych, bo już z końca sali dało się dostrzec różnicę. Do jakiego badania pobierają tak sporą ilość krwi? Czy na pewno ta krew ma zostać przede wszystkim użyta do badania czy na swoją korzyść?
-A co ma być niby?! Matka was nie uczyła rozróżniać strzykawki?! Sądziła bym po ich wyglądzie, że spokojnie w bydło i słonie można byłoby wbijać owe igły, chcecie mnie wypatroszyć?! - Zaczęłam się buntować, jedynie prowokacja ujawni ich niecne zamiary. - Zresztą nie mów do mnie kochaniutka... Ja Ci dam kochaniutka w dupsko...
- Zamknij się pyskata gówniaro! Nie jesteś na placu zabaw, a tym bardziej w swojej piaskownicy. Ogarnij się natychmiast! Dyżurny zostanie wezwany przez nią zaraz wezwany! Mamy już dość problemów. A ja przez Ciebie nie chcę mieć kłopotów! Ankelina już wstrzykuj! Ale już! - Darł się przeraźliwie doktor i pielęgniarka wbiła mi igłę bez ani jednego zadrgania mięśni prosto w środek dłoni. Przeszył mnie cholerny ból, zapiekło po całej długości ręki, a nieco większy rozmach i z pewnością rączka dziurawa na wylot.
- Ty potworze! -Krzyknęłam, nie wiedząc kompletnie, jak ale udało mi się jeszcze resztkami sił stanąć o własnych nogach i pędzić wprost przed siebie. Nie mam zielonego pojęcia i tak gdzie jestem, więc jaka to różnica, gdzie skręce?
Wbiegłam na hol poboczny, który znajdował się po słonecznej stronie szpitala. Cały korytarz oszklony, słońce w szczycie, razi po oczach. Masakra, ale duszno mi... Był pusty na szczęście, gdyż szłam już slalomem od ściany do ściany, a mi było co raz to gorzej. Zaczęły mi ręce krwawić strumieniami. Moje oczy stawały się bardziej czerwone i żądne wszystkiego. Teraz już wiedziałam wszystko... Szkoda, jedynie że ponownie budzę się w innym miejscu, niż sięga moja pamięć.
Pojechałam na cmentarz do mamy, zdecydowanie za długo u niej nie byłam. Wreszcie musiałam ją odwiedzić, a do domu nie chciałam iść. Nikt na mnie tam i tak nie czekał, a siedząc chociaż przy nagrobku mamy byłam w stanie poczuć jej obecność. To już kolejny rok mija odkąd moja mama popełniła samobójstwo, a ojciec zaczął wtedy swoją przygodę z nadmiernym piciem. Kiedyś byliśmy kompletną, normalną i szczęśliwą rodziną. Dzisiaj każde z nas jest odwrócone w przeciwną stronę i zduszone jest ogromnym żalem oraz rozpaczą. Nie tak miało, to wszystko wyglądać! Przecież nic nie pokazywała! Nie było oznak wołania o pomoc... Porównując z tym, co dzisiaj doświadczam, myślę, że moją matkę zabito. Tylko w imię czego lub kogo?
Wiatr mocniej zawiał, a w powietrzu można było wyczuć odwilż. Wilgoć nadchodzi coraz większymi krokami, czyli jesień już nieopodal.
- Skarbie... Córeczko moja... Skarbie, to ja - mówiła półprzezroczysta, zmiennokształtna istota o głosie mamy. - Odwróć się kochana nic Ci nie zrobię, przecież jestem twoją mamą. Policzyłam do ośmiu i się odwróciłam. Od razu się cofnęłam do tyłu. "Przecież to nie możliwe, że ja ją słyszę! Nie, o nie coś mi tu nie pasuje! Jak nic to efekt uboczny tych wszystkich medykamentów! Zaliczam po prostu mocny zjazd z elementami psychozy... " Pomyślałam i duch kontynuował dalej stopniowo formując swoją sylwetkę na kształt ciała kobiecego.
- Nie bój się. Nie bez powodu tu przyszłaś. Ja to czuję, ja to widzę, ja to wiem, ja Cię tu przywołałam. Ten czas się zbliża, prawdawni się przebudzają, a świat jednocześnie zsyła do nas nowonarodzonych. Choć przypowieść mówi, że miejsce jest tylko dla jednego... - powiedziała i przybliżyła się do grobu.
- Ale... - chciałam coś powiedzieć, ale mi przerwała bez chwili zastanowienia. Nie dopuszczała mnie ani mru-mru do słowa.
- Jesteś nieśmiertelna, jesteś wybrana - wyszeptała i zniknęła w popłochu za brzozami wchodząc znów w swój nagrobek.
Nic się nie dzieje bez przyczyny. Wszechświat na każdym kroku ma nas w opiece. Tak mawiała mama, a teraz zrozumiałam, jak to przeznaczenie szukało i dopadło mnie, a nie na odwrót. Historia się dopiero rozwinie, to dopiero początek przygody z przeznaczeniem. Zobaczymy czy przejmie ster w moim życiu...
Pora zasięgnąć informacji na temat rodu Demyan....
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jest to moje stare opowiadanie, tak, tak w stu procentach moje. Prosiłabym nie zważać na błędy, wtedy dopiero zaczynałam. Później jest o wiele lepiej. ;p