Mysli, których nie spodziewal sie nikt...

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wykonawca: Adele
Tytuł: Send My Love (To Your New Lover)
Rok wydania: 2016

Krótka nadzieja dla tej piosenki: Piosenka tekstem bardzo współczesna. Teledysk ciekawie zrobiony, aż naprawdę chcę się patrzeć, a Adele jak zawsze głos ma cudowny. Przyciaga do siebie fanów nie wyglądam, jak te teraz współczesne piosenkarki. Tylko muzyką jaką tworzy. Oczywiście według mej skromnej opinii. Od zawsze jej słuchałam i chyba, nigdy nie przestanę. Zachęcam do wysłuchania jej nie jednej piosenki. ;P


Tekst:
This was all you, none of it me
You put your hands on, on my body and told me
Mmm
You told me you were ready
For the big one, for the big jump
I'd be your last love everlasting you and me
Mmm
That was what you told me

I'm giving you up
I've forgiven it all
You set me free-ee

Send my love to your new lover
Treat her better
We've gotta let go of all of our ghosts
We both know we ain't kids no more
Send my love to your new lover
Treat her better
We gotta let go of all of our ghosts
We both know we ain't kids no more

I was too strong you were trembling
You couldn't handle the hot heat rising (rising)
Mmm
Baby I'm still rising
I was running, you were walking
You couldn't keep up, you were falling down (down)
Mmm
There's only one way down

I'm giving you up
I've forgiven it all
You set me free-ee, oh

Send my love to your new lover
Treat her better
We've gotta let go of all of our ghosts
We both know we ain't kids no more
Send my love to your new lover
Treat her better
We've gotta let go of all of our ghosts
We both know we ain't kids no more

If you're ready, if you're ready
If you're ready, I am ready
If you're ready, if you're ready
We both know we ain't kids no more
No, we ain't kids no more

I'm giving you up
I've forgiven it all
You set me free

Send my love to your new lover
Treat her better
We've gotta let go of all of our ghosts
We both know we ain't kids no more
Send my love to your new lover
Treat her better
We gotta let go of all of our ghosts
We both know we ain't kids no more

If you're ready, if you're ready (Send my love to your new lover)
If you're ready, I am ready (Treat her better)
We've gotta let go of all of our ghosts
We both know we ain't kids no more
If you're ready, if you're ready (Send my love to your new lover)
If you're ready, I am ready (Treat her better)
We've gotta let go of all of our ghosts
We both know we ain't kids no more
Blogowanie, czy zmienia coś w nas?
To jest akurat naprawdę dobre pytanie. Czy coś zmienia?


Sztuka pisania:
Uczy nas pisać poprawnie, ciekawie oraz z miłością do tego co robimy. Mnie blogowanie nauczyło interpunkcji. Dosłownie, jednak uważam, że w sumie dużo mi to pomogło. Ortografię też przez to poprawiłam i stwierdzam, iż takie pisanie z pasji jest naprawdę takie miłe. Dla nas i dla innych.

Rozwija nasze pasje:
Przez takie blogowanie można postawić sobie cel. Spotykałam się ludźmi, którzy na przykład dzielili się swoimi pracami. Osoby szczere w stu procentach, które komentowały, w sposób pomocny dopomagały, aby dążyć dalej. Tak też jest z recenzentami. Wtedy więcej czytają lub oglądają i robią to co kochają. Mi się to naprawdę podoba.

Stajemy się pewniejsi siebie:
Chyba ten punkt pasuje do każdego. Blogując dzielimy się sobą, przede wszystkim. Nie ma powodów do wstydu. Wyrażamy siebie właśnie w taki sposób. Naprawdę, mega to jest. Ja akurat otworzyłam się przez to w taki sposób, że przestałam bardziej ukrywać to co robię i lubię. Już nie ukrywam się tak, jak kiedyś. 

Nie tracimy wiarę w ludzkość:
Napisałam to trochę poważnie, ale już tłumaczę. Chodzi o to, iż nie otaczają nas tylko osoby, które chcą nam wszystko uprzykrzyć. Przez blogowanie można poznać wiele osobowości, ogólnie ludzi. Można zdobyć stałych czytelników, którzy będą nas wspierać w tym co robimy. Czasami trafia nam się współpraca, co daje chyba najwięcej satysfakcji. 


Jest to krótki post na szybko po mojej długiej nieobecności. Mam nadzieję, że nawet takie coś zostawi was przy mnie. ;p
- A ja tam lubię być inna... - Wymamrotałam, a Azrael tylko się spojrzał, jakby miał jakieś zwidy słuchowe.
- To już czwarty dzień podróży. Nie uważasz, że chodzimy w kółko cały czas? Mam dość. Czemu, aż tak daleko uciekamy? - Spytał się mnie Azrael, ależ on jest upierdliwy.
- Idziemy po moją zemstę dla całego świata. Nienawidzę fałszywości, a tym bardziej samej siebie i uważaj sobie troszeczkę. Masz się przestrzegać, bo ty będziesz pierwszy w kolejce. Proszę Cię tylko bez tych dennych tekstów, bo czasem aż żal mi twojej głupoty. Czemu właśnie z tobą wyruszyłam?! Ależ ja byłam głupia ojciec by mnie za to zbił... Tata! Muszę go odwiedzić! Pomimo tego, że zawsze miał mnie w dupie muszę tam iść! No może jeszcze nigdy nim nie był, ale jednak na pewno coś wie. Chodź szybciej musimy, przecież zdążyć do portalu! - Wydzierałam się i złapałam go za dłoń. Zaczęliśmy biec. Zapomniałam, że mogłem go na plecy wziąć i polecieć.

- Przecież masz skrzydła to możemy pofruuunąć - wymusił z siebie te słowa, gdyż mocno się zmęczył. Chciałam już coraz szybciej, gdy straciłam objęcie w dłoniach. Nie wiedząc co się stało zatrzymałam się i tego pożałowałam. Poczułam gorący metal na szyi i zimne dłonie na twarzy, nic nie widziałam.
- Dobra robota Azrael! To nasza Panna już jest i możemy już iść, dziękuję - powiedział zapewne Stryj Klapencjusz. Az również mnie oszukał.
- Nie oddam Ci jej! Coś co czuję człowiek nie da się kupić, ale wybacz ona jest moja - stanął w mojej obronie Azrael, czyli nie chciał mnie oddać. Stojąc dalej bezruchu czekałam, aż obca ręka zejdzie z moich ust.
- Nie chcesz pieniędzy? Nie to nie... Pożegnaj się z tym czymś, bo nigdy więcej jej nie zobaczysz. Ohde sew dyr ajko! Zabieramy ją! - Po tych słowach usłyszałam krzyk blondyna i ktoś zarzucił mnie na plecy, jak jakiś worek na kartofle.
"Gdzie moja broń?! Nie mam jej! On chyba zapomniał mi ją oddać, a ja o tym nie pomyślałam. Teraz jestem niczym... Pewnie wezmą mnie na tortury i zabiją. Ciemny lud tylko tak działa." Mogłam jedynie pożegnać się z spokojnym żywotem. 
Podniosłam delikatnie głowę z betonu. Wszędzie kapiąca woda mnie dobijała. Czułam się, jak jakaś zabawka. Do tego przebrali mnie w jakieś dziwne ubrania. Ubrana byłam w staromodne sukienki, które okazały się naprawdę piękne. Powiadają, iż to co stare nie jest jare. 
"Gdyby Bóg był Bogiem, a ja wyznawcą, a nie, nie wyznawcą byłabym teraz w domu." pomyślałam i zaczęłam ocierać łzy brudną szmatką. Płacz, jedyna czynność, której zawsze się wstydziłam.
- Nie rycz mi tu! Gorzej będzie z tobą, niż z suką! - Darł się jakiś umięśniony facet.
- Dobrze, więc, a czy suka potrafi ci wpierdolić? Jeśli uznasz, że tak to twoja edukacja jest żałosna, jeśli nie to, także - wydusiłam z siebie. Złapałam się prawą ręką o lewy bark i spojrzałam mu w oczy. Powoli wstawałam do niego. Okazał się być bardzo niski, z podłogi inaczej to się wydawało.
- Gówniara się podniosła?! Myśleliśmy, że wcale twój organizm nie jest taki mocny... - westchnął na co parsknęłam śmiechem.
- Hahaha, ale wy jesteście zjebani! Ja?! Opowiadaj dalej, chętnie się pośmieje! - Z ledwością mówiłam przez śmiech. Podpierałam się ręką o ścianę, a drugą za brzuch. Nie powstrzymywałam śmiechu, gdy już uciekł ten idiota zaczęłam szukać czegoś ostrego. Zamierzałam obciąć długie sukno. 
- Szmer, szmer skąd ja wezmę coś ostrego? Czekaj z krat wydłubię. Może chociaż to pomoże - szeptałam sama do siebie. Po walce z kratą obcięłam kawałek sukienki i zaczęłam cichym krokiem iść w stronę ciemności. Nie tam, gdzie było światło tylko ciemność. Wciąż skulona postanowiłam zwiększyć tempo i się nie odwracać. Jednak po dziecięcych krzykach popełniłam ten błąd. Nagle coś ciężkiego złapało mnie za każdą część ciała i ciągnęło do siebie. Z każdą chwilą myślałam, że zginę, ale właśnie, dlatego żyłam. Zaczęłam chcieć opuścić ten świat przez samą siebie. Będąc tylko zwykłą dziewczyną, która jedynie posiada choroby psychiczne. Wspomnienia są ulotne na co komu one?! A miłość? Nigdy jej nie poczułam, więc żałuję tego. Żałowałam, że w ogóle żyje. Po co żyć, jeśli nie ma dla kogo?! Dla kogo miałabym żyć?! Dla nikogo, po tych myślach nie wiedziałam co zrobić. Chcąc, nie chcąc zamachnęłam się i poderżnęłam sobie gardło. W ostatnich momentach życia czułam jeszcze ból ludzi, których zabiłam, jednak też mi dziękowali. Co to miało znaczyć? Uścisk się obluźnił. Krew, jak była czarna tak, wciąż jest. Zostawiłam po sobie czarną, świecącą smugę krwi. Uniosłam kark w górę przy czym ból nasiliłam.
- A... Anuuba... Ko... Kosto... Dd... Dalam... - wydławiłam egzorcyzm ze swych ust i poczułam przekłucie od tyłu, przez brzuch. Obraz zmył się do końca.
- Sprzęt masz czysty?! - Odezwał się jakiś męski głos. Migrenę miałam dzięki, czemu rozmowę lepiej słyszałam.
- Ciszej, bo jeszcze wstanie, już dość sobie sama krzywdy zrobiła. Trudno, będzie ją opieczętować - uciszał jeden drugiego, sami mężczyźni. Przerzuciłam się na drugi bok, który skończył się na ziemi. Zapach... Jeden z najpiękniejszych, jakie czułam.
- Ja się nią zaopiekuję - wydyszał jakiś chłopak. Za drzwi słyszałam, jak kroki z czasem się do mnie zbliżały. Wten otworzyły się one i szybko odskoczyłam na drugi koniec pokoju. - Więc to ona? Córka skażonego Boga? Ni widać nic po niej, aby nią była.
- Żałuj tego, iż nie widziałeś ją w akcji! Walczy nawet lepiej niż ty! Hahaha! Dziewczyna silniejsza od Boga wojny i nieszczęścia! - śmiał się wytępiony przez innych podrzędny człowiek. Czego chcieli ode mnie? Po co im byłam potrzebna? Te pytania po głowie tylko krążyły.
- Czy nasza Panna wreszcie wydobrzała? - Klapencjusz, tak to znowu był on. Przeszukałam ubranie i znalazłam ostrze, gdy podszedł do mnie rzuciłam się na niego. Znalazłam się na nim. Przycisnęłam do niego w miejscu serca ostrze jeszcze mocnej, aż przebiłam już kawałek skóry.
- Rasiści umierają szybciej, niż my. Istoty, które tego doświadczają, czyli rasizmu - z drżącym głosem wyszeptałam do jego ucha. - Nie zabiję Cię, gdyż potrzebuję informacji, właśnie od Ciebie.
Powstałam.
- Co chcesz teraz zmienić w swoich losach? - Spytał się Bóg wojny.
- Życie, wspomnienia, więzi, wygląd, myśli, otoczenie tylko to. Czy to tak wiele?
- Ja, Yaboku Bóg wojny i nieszczęście. Czyszczę twe losy pochodzące z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości odmieniam twą przyszłość. Ma broń o przydomku Azraelez i ty Akainez łączycie ze sobą losy. Wciąż nazywasz się, jak przedtem, jednakże teraz na zawsze pozostaniesz nieśmiertelna!
Jedynie co zrobiłam to tylko spojrzałam z litością. Nikt nie mógł uwierzyć w to co się stało. Kim, jednak był Azraelez? Yaboku poszedł prosto nie odwracając się na głosy wołające go.
- Yaboku! - odwrócił się po moim wezwaniu. - Dokąd teraz prowadzi nasza droga?
- Do zaświatów, gdzie kogoś Ci pokaże, Akainez- uśmiechnął się do mnie, jak takie bóstwo mogło się cieszyć? Każde słowo i tak uchodzi w zapomnienie...Podróż nie okazywała się krótka. Denne wyjście z podziemi szukało się kilka godzin. Yaboku oraz Azraelez między sobą rozmawiali, a ja chciałam milczeć. Przecież i tak moje przeszłe losy zostaną zmienone, nawet może wymazane.
- Akainez, chodź szybciej nie spowalniaj - odezwał się Bóg. Patrzył na mnie, jakbym mu kota zabiła. Przyśpieszałam z czasem, aż ich wyprzedziłam. Uciekłam przed nimi, gdyż oczom ukazało mi się znajome miejsce. Takie, gdzie mogę zobaczyć kogoś mi bliskiego. Myślę, że tu znajdę mojego tatę mimo, iż prawdopodobnie nie żyje. Trafiłam na rynek, na którym taranowałam stragany pędząc do tej jednej osoby. Biegłam, biegłam, aż poczułam silne pociągnięcie stronę w ciemnej uliczki oraz zacisk na ustach. Po dopiero jakiejś chwili zajarzyłam, że to wujek Ares. Znów się na niego natykam. Przyłożył mnie do ściany i szybko zaczynał oglądać moje torby. Pomrukiwał coś pod nosem, jednak nic nie zrozumiałam oprócz "Jak to możliwe?!". Zabrał mi jedynie torbę z trunkami i bronią. 
- Po co Ci to? - Zadałam pytanie, a on jedynie wzruszył ramionami. - Zadałam Ci pytanie, po co Ci to? Zatrzymaj się! 
Na te słowa ustanął. Niewiele mogłam się na cieszyć tym widokiem. Kilka sekund później, jak zaczęłam podchodzić uciekł. Zostawił po sobie zapach. Nie swój, lecz damskich perfum. To nie było zbyt normalne. Usiadłam wśród brudu, który omijali ludzie. Czekałam dopóki nie ujrzę chłopaków. Na chwile przymknęłam oczy oraz skierowałam głowę w górę. Teraz juz wiem, że to głupia czynność. Oberwałam walącym męskim butem. Wiedziałam, że to on.
- Azraelez, ale Ty to trzymaj dobrze te buty na syrach! - Wydarłam się nie zwarzając, iż ludzie mnie się boją.
- Kup mi żelki to zacznę je wiązać! - Odpowiedział.
- No ja Ci dam plebsie, nigdy ich nie dostaniesz ode mnie! Bo nie chcę mieć z Tobą niż wspólnego! Nawet Cię nie znam! Mogłam równie dobrze się nie zgadzać!
- Czy musisz tyle drzeć japę?!
- Tak, niestety muszę!
- Więc to tak... Ktoś Cię inny wkurzył i teraz się na mnie wyżywasz. Nie mylę się? Co nie?
- Co tak?
- Zluzuj kiedyś byłaś milsza...
- Aaa, czekaj... Czyli my juz kiedyś się znaliśmy?
- Ty naprawdę jesteś taka głupia, czy tylko udajesz?
- Nie wiem spytaj się mojego mózgu.
- Japierdole...
- Co pierdolisz? Matkę? Kota? Osranego krwią tampona? 
- Yaboku weź ją! 
- Zostaw tą dziewice i tak za chwilę dostanie padaczki na widok jakiegoś faceta, i Ci da spokój - odparł zgrubiałym głosem starszy chłopak. 
- Czy Ty myślisz, że jestem tępą dziewczyną lecącą na jakiegoś gacha wypsikanym jakimiś damskimi playboy'ami? Idź się leczyć, prosiłabym. 
Otworzył szeroko oczy, więc skorzystałam z okazji i wsadziłam mu palce w gały.
- A teraz liż mi pieroga! - Wydarłam się dla beki, a wszystkie Rumuny się na mnie spojrzeli. Niedożywione staruchy. Niech idą gwałcić ludzi w więzieniach, a nie na targach z jabłkami. Nie dla psa kiełbasa ani dla nich, heheheszki. Wyszłam w przód, bo tak naprawdę już się lepiej poczułam. Oczywiście znając przecudowną Korneliane namawiałam chłopaków, aby różne rzeczy mi pokupywali. I...
DOSTAŁAM KOTA.
Jebać, że mam na nie uczulenie. Tak, naprawdę jeszcze im nie powiedziałam, iż zarąbano mi broń i takie tam. Gdyż jakbym to zrobiła to, by mnie Hitler odwiedził. Jednakże po jakimś czasie Yaboku zaczął mnie macać właśnie w poszukiwaniu trunków. Za karę braku ich ściął mi włosy... Szczerze mówiąc, nawet nie doszliśmy jeszcze na miejsce, a skończyłam w stroju kota oraz z obciętymi włosami. Nikomu nie polecam, jak Vanisha do zmywarki. 
- Akainez, wchodź teraz - powiedział Bożek, wtedy kiedy stanęliśmy koło drzwi. Takich, których prawie w ogóle nie było widać. Ja żem je otwarła, a następnie wyjebała. Wpadłam do ciemnego, a zarazem dusznego domku. Po kilku sekundach rozglądania się stwierdziłam, iż to tak na serio świątynia. 
- Jesteśmy w świątyni, a ja jak dziwka wyglądam, żal - powiedziałam z wygiętym ryjem. Nienawidzę tego uczucia, gdy znowu Azraelez się do mnie zbliża. 
- Głodna jesteś? - Zapytał się mnie ten facio siedzący blisko mojego ciała. Zobaczyłam, że ma bułki z pasztetem. Omgmgmgmg, mam orgazm kurwa pasztet, Ahhghgahgahahaghahagagaggggagag. 
- Dawaj to cwelu! - Wykrzyknęłam oraz zabierając mu bułkę, a także udając kaczkę. Nie wiem, czemu to robię, ale jest zajebiście. 
- Rentademora. Kojarzysz to słowo? - Odezwał się Yaboku. Przyznaję te słowa mnie zamurowały. Kiedy byłam małą dziewczynką często chodziłam na strzelnicę o takiej nazwie. Strzelnica... Mama... Zakazane zawody...
To ma już sens.
- A to nie była kiedyś słynna strzelnica? - Wypowiedziałam te słowa bardzo powoli wstając jednocześnie. Skupiłam wzrok na półkę z książkami, która była przede mną. 
- Właśnie o to chodzi! Tak, więc zeszłorocznym mistrzem jej był Destynoran. Wiele osób go nie kojarzy. Jednakże w tym roku musisz Ty wygrać, ponieważ nagrodą jest dostęp do urzędu i wszystkich takich miejsc. 
- Z czego będę musiała strzelać, jak broni nie mam, a oni nie zafundują? 
- Skrzypce - powiedział wskazując na miejsce, gdzie mam serce. Zapomniałam, że trzymam tam klucz wiolinowy. (BEZ PYTAŃ, SERIOUSLY)
- Azraelez zabierz ją na pole treningowe tylko w niej widać szanse. I nie zadawaj narazie pytań. Jak się nauczysz to, się dowiesz. 
Po tych słowach zostałam wyciągnięta siłą na dwór i przygotowana do wszystkiego, czyli: broń, ubiór, prowiant i wkurwiający Azraelez ciągle się do uśmiechający. Wyjebać mu na dobranoc...
Ten rozdział został napisany ze strony Azraela.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wszedłem mi do znajomego pokoju zastając faceta przy pewnej kobiecie. Gdy się przyjrzałem wiedziałem już, że to mój brat Ashton i Korneliana. Oczywiście nikogo nie zastałem w pomieszczeniu. A szkoda chciałem kogoś ukarać. Być płatnym zabójcą, czyż nie piękna praca? Uczucie, gdy zabijasz z zimną krwią i bez zamyślenia jest cudowne. Och, ale ja się rozczulam, a koło moich nóg leżą zwłoki. I jeszcze chory brat. Pamiętam, jak z nim jeszcze jedzenie z lodówki kradliśmy. Teraz, no cóż... Chory jest umysłowo. Jak ja dobrze wiedziałem, że ludzka wiara we wszystko niszczy. Spędziłem dzieciństwo w ośrodku psychiatrycznym, naprawdę było pięknie. Gdy chodziłem do szkoły publicznej dzieciaki miały wszystko, a ja nic, nawet dobrego plecaka. Mój brat był szkolną elitą, ale chociaż ja wyszedłem z normalnymi ocenami. Nie myśląc o dobrej przyszłości zostałem płatnym zabójcą. Tak po prostu, spodobało mi się to. Dobra płaca, często nowa robota. Wracając do teraźniejszości stałem przy zwłokach jakiejś dziewczyny, a w kącie usłyszałem szmer. Domyśliłem się, że to zapewne mój brat.
- Ashton nie chów się po kątach, nie jesteś ekierką!
- Ja... Ja jestem wysłannikiem kobiety, która jest córą Szatana. A ludzi, którzy są jemu nie posłuszni smażą się tam, gdzie już dawno powinni - wyjąkał mój brat. Nie ma co na niego liczyć. Chory jest i tyle. Zniechęciłem się rozmową z nim, więc wziąłem kobietę na ręce w stylu panny. 
Wiedząc to, iż w szpitalu było cały czas ciemno, uważałem na drogę. Korki musiały, właśnie w takim momencie wysiąść no, ale trzeba to olać. Wracając dalej do podróży po ośrodku. Skierowałem się w szeroki hol z małymi oknami. Szczerze bym nie chciał w takim miejscu pracować. Dotarłem do drzwi. Ciężkich, żelaznych, jak i starych drzwi. Mogliby, także takie szklane wstawić, łatwiej by się wyszło. Dobra teraz włączamy tryb przetrwania. Rzuciłem dziewczynę na glebę, jak można to nazwać. Ojej, mówię sam do siebie.
- Ommmmmmm... Ammmmmmm... Mmmmmmm... - medytowałem sobie. - Otwórzcie się drzwi!
"Nie no przesadzili, teraz dochodzimy do rękoczynów. Ja tak tego nie zostawię." pomyślałem po czym aktywowałem moją rękawicę. Załadowałem łuk na niej i wystrzeliłem strzałę. Utknęła ona w tych pieprzonych drzwiach.
- No, aż tak ręce sobie nie będę brudził! - Krzyknąłem i ręką zacząłem uderzać w strzałę, aż otworzyła zatrzask. Teraz, gdy miałem światło rozpoznałem jaka to była dziewczyna. Żałowałem, że na zlecenie jej nie zabiłem. Wziąłem Korneliane na ręce i poszedłem odłożyć ją w bezpiecznie miejsce i tak już nie żyła. Szykują się pogrzeby, ojoj. W jednym momencie czułem, że jestem dobrą osobą, a w innym, że jestem zły.
- Dobra idę poszukać tamtych niech wiedzą o jej śmierci. I co teraz oni poczną? Hahaha, nie ma to, jak naiwnych ludzi spotykać, chociaż może nie są tacy na, których wyglądają - rozmyślałem na głos i pojawili się  w tym samym momencie.
- Zabiłeś ją ty dupku! - Wydarł się jakiś chłopak i rzucił się na mnie z łapami - Ty morderco! Tyle lat Cię znam i dopiero teraz się o tym dowiaduje, że co? Jesteś chory psychicznie, jak możesz niewinnych ludzi zabijać!
Wybuchnąłem śmiechem. On na pewno jest dziwny, a wiem kto jest patologia, a kto nie.
- Ej, ruda ogarnij braciszka, bo chyba już mu źle jest. Z resztą ja jej nie zabiłem tylko mój powalony brat. Wiecie co? Nie chcę mi się z taką patologią rozmawiać. Do zobaczenia - skończyłem rozmowę, założyłem kaptur i odpaliłem papierosa z nerwów. Teraz tylko musiałem pójść do Wujaszka. Nigdy pogodnym ludziom nie powinno się ufać. Wszedłem do znanej mi od zawsze tawerny i skierowałem się w stronę zaplecza. Usiadłem koło innych członków KKK. Zmierzyli mnie niby groźnym wzrokiem, a Stryj wycelował we mnie pistolet. Aż dziwne to, gdyż zdjęli swe kaptury.
- Czemu jej nie dopilnowałeś?! - Zaczął jakiś nowy, który padał ze strachu. Musiałem mu odpyskować, ależ ja uwielbiam się z ludźmi droczyć.
- Pilnowałem, ale pamiętaj wiele jej chciało. Nie byłeś jedyny, więc miała prawo zginąć, a przecież ona jest Aniołem Śmierci to, jak ona nie żyje? W ogóle jakiegoś tam Rychlisia zabiłem, bądź dumny.
Nie mogłem tak tego zostawić. Zabić nie mogłem, umrzeć też nie. Przygotowałem esencję w rękawicy i tylko czekałem na ich pierwszy ruch. Tarcza to jedyna rzecz, której nie umiem zrobić, a mam możliwość. Ojej, sierotka ze mnie.
"Raz się żyje, ale decyzje podejmuje nie pierwszy raz. Muszę się postarać nie robię tego dla siebie, tylko dla kogoś innego.
- Azraelu czy ty wiesz na co się zgadzasz?! - Znów głośno się zapytał jeden z pomocników.
- CZAS MINĄŁ ODPALAM! - Krzyknął Stryj. W ułamku sekundy otworzyłem tarcze, niczym moja kuzynka i odepchnąłem ich. Jednak z drugiej strony byli inni i wpadłem na nich. Zapomniałem! Wziąłem piękne sztylety Demyan, gdyż było mi ich szkoda. Niewiele się zastanawiając, naprawdę niewiele zabiłem tych gości i uciekłem zmieniając formę w świnkę. Knura, oczywiście dla ciemnych. Ojoj, co raz bardziej u mnie występuje rozdwojenie jaźni. Wybiegłem na zewnątrz i, i, i dalej nie wiem co wpadłem w jezioro, chyba?
- Zbieramy się tu w jednej sprawie, aby pożegnać Rychlisia Ćwiklisia i Kornelianę Demyan, którzy zginęli śmiercią tragiczną. Do tego młody sprawca ich śmierci zginął. Zostaną pochowani w jeden grób. A teraz... - Odprawiał mszę ksiądz, a dopiero teraz zajarzyłem, iż mają mnie pochować. Co raz gorącej mi było w trumnie, jednak strasznie wygodna jest. W ogóle szybko jakoś ten pogrzeb. Zniżki pewnie, hyhyhy. Brak oddechu mnie dopadał.
"Muszę uratować ją, gdyż Wybrana nie może umrzeć przed świętem." pomyślałem i poczułem, że ktoś mnie już niósł. Zacząłem, więc uderzać z całej siły w klapę trumny, aż za szóstym razem przebiłem się przez drewno.
- On żyję, proszę księdza on żyję! - Krzyczał, chyba Piter miał specyficzny głos. Strasznie zachrypiały i domyślam się, jak on jeszcze mówi.
- Co?! On żyję?! Synu, wybacz przepuść mnie muszę to ujrzeć! - Układał piękne słowa ksiądz. Powietrze, wreszcie mam czym oddychać. Klapę otworzyli chłopacy z ekipy do, której należała Korneliana. Strasznie dużo o niej wspominam, aż dziwne to, ale olejmy to muszę się wydostać.
- Dzięki gnojki za uwolnienie, a tak szczerze czemu nie walczycie o to, aby wasza przyjaciółeczka odżyła?! Nie dbacie o swoich bliskich, ani o nic. Powinniście się wstydzić. Może i dla was jestem zły, ale wy dla mnie. Nie jest mi was żal uważajcie, aby wam dupek nie ścisnęło. Żegnam - odparłem żegnając ich środkowym palcem. Przeszedłem koło dołu i spojrzałem. Tak, oczywiście już tam leżała. Musiałem dopełnić obietnicy, ale też nie chciałem, aby ją wykorzystano. Czemu mi zawsze jest szkoda takich dziewczyn?! Wszyscy na okół zgrupowali się przy prawie nowym grobie. Uklęknąłem i otwarłem górną część klapy. Kocham te zatrzaski, tak wrednie i niepowtarzalne. Oczekiwałem zmarłej dziewczyny, a patrzyła się prosto przed siebie z ozdobionymi włosami swoimi, za pewnie ulubionymi kwiatami. Czarnymi różami, a krew spływała po jej twarzy. Patrzyła na mnie z litością, jak i radością. Zesztywniałem. Rzuciła mi się szyje i wychlipała cichutkie "Dziękuje". W tym momencie się jej przypatrzyłem. Miała na sobie białą suknie. Biała suknia na niej, aż dziwne. W pasie miała przewiązaną czerwoną wstążkę. Chciałem wstać, aby iść dalej, jednak zatrzymała mnie.
- Zaprowadź mnie tam, gdzie świat jest piękny. Nienawidzę ich! Chcieli mnie zakopać żywcem i pozbyć się moich mocy! A ja uwierzyłam w ich bajeczki! - Wykrzykiwała, wstała i podeszła pod drzewo wiśni.
- Co ty robisz?
- Co ja robię? Trochę koloru do nowego życia trzeba dodać, czyż nie? - Uśmiechnęła się do mnie. Ubrała drugi wianek i wskoczyła na mnie. - Pójdź ze mną tam, gdzie jest pięknie. Haha, podbijemy świat!
Zdziwiony byłem jej postawą, ale wysłuchałem jej i wyruszyliśmy w daleką podróż pieszo... NIESTETY!
Zadzwoniła do mnie Natalsza ze złymi wiadomościami.
- Cześć, słuchaj pamiętasz tego faceta, co o nim mówiłam na zamku? Wiesz ten w okularach i swetrach w kratkę? Miałaś rację, to był Dr Jeneckdy. Współpracuje z Elizabeth Ostberg na pewno ją pamiętasz.
- To nie jest ta Eleanor?
- Tak, to Eleonor. Teraz razem kierują się w stronę miasta Animatroników, więc uważaj. Może jest to, wasz następny przystanek. Chcą podobno, Żelazne Smoki ukraść do opanowania świata. Musicie przed 20 wyruszyć do Rose siostry Teema. Po tej godzinie, możecie zginąć, a tym bardziej Ada. Ona jest wam potrzebna, więc jej pilnujcie. Słyszałam, że Emilia ma swoją moc przenoszenia przedmiotów, ale może też chodzić po ścianach i suficie. Został wam, tylko Rychliś, ale na pewno się do czegoś nada. Słuchaj ja, muszę kończyć, przecież kraina sama się nie utrzyma. Pa, do zobaczenia! - Skończyła, a chciałam jej coś przekazać. W ten czas przyszedł Teemo i się dosiadł.
- Zrozumiałem twoje słowa i jedziemy do mojej siostry. Mieszka na granicy, tam jest spokojnie, nic się nie dzieje. Chodziło Ci o to, że po tej godzinie wychodzą ludzie z zakładu psychiatrycznego Kubitz? Widziałem to, kiedyś. Było tragicznie! Wtedy zabito czwórkę dzieci i dwójkę dorosłych - powiedziała wiewiórka, szkoda było mi go, że taki nie doceniony jest. Gdyż był niesamowicie inteligentny. 
- Może pójdziemy do reszty? - Spytałam się i przytaknął, więc poszliśmy. W tym dniu patrzyłam na, każdego z pogardą. Wydawali się inni, niż zawsze. Ta matka, taka jakaś dziwna, a tym bardziej ojciec. Do świata, powinnam podchodzić z większym dystansem.
- O, której obiad? - Spytał się Asa, on tylko chciałby jeść. Wtedy podeszłam do pani i pokazałam jej te dokumenty.
- A, ja mam do pani pytanie, takie bardzo trudne, jak i proste. Skąd macie te papiery?! Kim ona dla mnie jest?! Teraz gadaj nie czekam, aż sobie obmyślisz, aby się wyrazić! Mów prawdę! - Ze wściekłością podeszłam do niej i trzymałam przy jej krtani sztylet.
- Już, już mówię! Vermza Demyan to Twoja prababcia, uczestniczyła w wielu wojnach! Anglia i Polska ją kochają, ale się o niej nie uczycie, a szkoda! Kazała mi przed śmiercią te dokumenty zabrać i je schować u siebie. Zamierzałam Ci je dać, ale jak sama je znalazłaś. Twój ród, jeszcze istnieje po więcej informacji idź do nich - powiedziała za jednym tchem.
- Wiesz, gdzie mogą być? - Zapytałam się, znów.
- Tego to ja już nie wiem, ale mój mąż. Jak się obudzi to, powinien was poinformować.
- To ja mam, aż tyle czekać?! Nie można go obudzić, czy coś? Tak, dużo czasu nie mamy.
- Jak się go obudzi to dostaję padaczki, jak i zapomina wszystko, ale nie martw się za godzinę lub dwie wstanie - odparł Asa. - Możemy jedynie iść do siostry Teema, Rose. Może ona coś wie, ogółem jest szamanką. 
- Moja siostra jest szamanką, masakra. Ja jej nie chcę znać, niech tylko pojawi się na moich oczach. Jest naprawdę miła, ale czasem istny potwór z niej - przeżywała mocno wiewióra. Rychliś nie wiele wiedząc odparł, że powinniśmy iść do niej teraz. Cóż droga nie będzie łatwa, ale musimy ją pokonać. Mama Buttersów spakowała nam suchy prowiant i wyruszyliśmy. Asa, Ada, Emilia, Teemo, Rychliś, Piter i ja. Kończąc swą drogę na zakręcie rudowłosa się przewaliła i upadła przed wycieraczką szamanki. Patrząc pod nią znalazła klucz i kopertę. Pieczęć była z krwi. 
- Ej! Pokaż to, masz to zostawić! - wyszła z drzwi siostra Teema. - Co wy tu dzieciarna robicie?! To teren osobisty. O-S-O-B-I-S-T-Y. O! Witaj Teemo mój ulubiony gówniarzu. Tyle czasu, masz dziewczynę albo lepiej Ci się poszczęściło? Nie no wchodźcie, jak jest braciszek to każdego wpuszczam. Przepraszam was za moją nachalność. 
I ustąpiła nas w drzwiach. Oczywiście chatka była, naprawdę mała. Musieliśmy jej pomóc wejść miała naprawdę, wąskie drzwi. Gdyż miała wszystko malutkie usiedliśmy na podłodze. Była ona pięknie zdobiona własnoręcznie szytymi dywanami z wełny. Na jej ściankach wisiały same półki na, których było pełno buteleczek, biżuterii, nasion i przypraw w słoikach, kadzidełka i wiele podobnych. Jednak, bardziej byłam bardziej ciekawa jej strychu. Przeszłam na czworaka cały jej domek zostawiając innych. W ten odezwał się Asa.
- Gdzie idziesz? Czekaj idę z Tobą, nie pytaj się, dlaczego. Chcę, ot tak! - Grymasił brunet, nie za bardzo chciałam go ciągnąć albo tego typu, ale dałam mu szansę. A co się nie daje przyjaciołom, mimo iż irytują? Oczywiście z nim było wiele szkód. Wreszcie przyszła Rose i nas zganiła, musieliśmy wypić herbatkę z melisy, szałwii z dodatkiem dzikiej róży. 
- I jak napar?! Pyszny nie?!?! Sama robiłam, wiecie?! - Zaczęła wykrzykiwać siostra. "Czy ona jest chora? Muszę się Teema spytać..." pomyślałam i uderzyłam głową o żyrandol. Był obwieszony różnymi medalionami, aż dostrzegłam jeden z napisem "Daughter of Darkness". Wzięłam szybko go i schowałam do pokrowca od sztyletów. 
- Ej, gdzie idziesz? - Zapytał się Asa, cóż pewnie go to nurtowało.
- Chciałabym zobaczyć na strychu co kryje, ta dziewoja.
Trochę tam stereotypów na opowiada dzieciom i myśli, że wielka jakaś jest. Jeśli ona w ogóle z domu wychodzi, chociaż za próg. Chłopak dziwnie się na mnie spojrzał i dał mi znak, że coś znalazł. Pokazał mi w połowie oderwaną deskę na suficie.
- Co to? Poczekaj spróbuję to oderwać. O mój Boże, to coś jest wilgotne i pachnie mi czymś znajomym, ale już nie pamiętam, chyba zapachem z dzieciństwa. Wtedy była mama, tata, pies Łajko, ciocia Claudes. A teraz? Nic... - mówiłam z pogardą. Udało mi się ją oderwać i wyleciał, nagle z niej kruk. Usiadł mi na ramieniu i wskazał nam drogę. Milczeliśmy, aby ptak się nie spłoszył. Weszliśmy na strych. Było to dziwne, gdyż miał normalne wymiary. Asa zaczął szukać światła, a ja go wspierałam. Czułam więcej do niego niż zwykły kolega, może przyjaciel? Dobra, nie warto się tym przejmować. Znaleźliśmy jakąś pochodnie i Asa zapalił ją swym podmuchem. "Najpierw umie kierować powietrzem, a teraz ogniem. Pewnie jest dzieckiem żywiołów." domyślałam się. Zaczęliśmy przeszukiwać wszystkie skrzynie. Po jakimś czasie znalazłam tak, jakby mysią dziurę i po cichu włożyłam do niej rękę. Reszta nie zauważyła, że zniknęliśmy. Bardzo dobrze się bawili. Wyjęłam stamtąd pozytywkę i zawołałam Asę.
- Chodź, coś znalazłam. Sama tego nie otworzę - i przybiegł potykając się o kufer z sukniami. Zanim otworzyłam pozytywkę, spojrzeliśmy do kufra. Były tam pięknie zdobione kamieniami szlachetnymi suknie z aksamitu i kaszmiru, które wyperfumowane są mocnymi olejkami orzechów pochodzących z Włoch. Przejrzałam pudło i Asa dostrzegł kluczyk. Pozytywka, również była na to, więc uruchomiliśmy ją. Wtedy, właśnie wtedy usłyszałam piosenkę "Liar Mask" i krzyki wszystkich z dołu jak i sprzymierzeńca. Chłopak upadł na ziemię i krzyczał z bólu, a na dole słyszałam odgłosy starej świni. Usłyszałam krzyk rudej i pobiegłam do niej przypominając sobie słowa Natalszy. Gwałtownie upadając ujrzałam widok rozwalonego domu. I świński chichot. Ada leżała obok knura czy tam maciory, a w dupie z tym. Była podduszana przez nią i patrzyła na mnie fioletowymi ślepiami. 
- Zejdź z niej i powiedz mi co tutaj robisz. To nie jest twój chlew, przykro mi pomyliłeś je - wychrypiałam przez suche gardło.
- Dobra zejdę z niej, ale daj mi coś w zamian.
- Niby co posrana słonino?!
- Ja nie jestem słoniną. Piękne obuwie, wiesz takie żadne - powiedział po czym wstał i zmienił się, również w wysokiego chłopaka o blond włosach ubranym w granat.
- Wiem jakie, to nowa kolekcja wiosenna. Przygotowana dla niezłych babek, które nie będą się droczyć o pożarcie kotka Bigoska i Kaszankę. Bigos był w ciąży brutalu! W ogóle fajnie pachniesz, czym dokładnie? - Prychnęłam odwracając wzrok nie chciałam, mieć z nim kontaktu wzrokowego. Patrzył bardzo przyjaźnie, ale ostrożności nigdy za wiele.
- Ups... To on miał, znaczy ona taki żywot mój z resztą jest ciekawszy. Mam wywalone na każde życie z resztą swoje też, a cóż pachnie ode mnie marysią. Podoba ci się? Masz gust chciałbym mieć taką dziewczynę. Zapomniałem! Ty uczuć nie masz, jak nie masz tej wiedzy, że jestem twym cieniem.
-Dam, dam, dam, dam, dam...
-Hyhyhy, lecz kacyka. 
-Huehuehue, jak cię zwą panie cieniu?
- Jestem Azrael, Korneliano nie wiem, jak ty, ale ja bym się nie pytał - powiedział i oparł się o ścianę przyciskając mnie do niej. Gdy spojrzał mi prosto w twarz przyjrzałam mu się. Z rys twarzy przypominał pradawnego księcia Kaltaganii Aloisa, który był niezrównoważony. Jako postać świni miał fioletowe oczy, a tu ma niebieskie pod, którymi namalowane ma czerwone paski. Pod każdym okiem jeden. Na głowie miał gogle, a na ręce dużą rękawicę z przedziwnymi strzałkami. Wiedziałam, że nie będzie łatwo się od niego uwolnić. Przybliżył się do mnie i wyszeptał.
- Niedługo Dzień Ostateczny dla Ciebie. Uważaj na pomocników, bo źle skończysz... - I podszedł do Ady - Ej, ty tam ta żyjesz? Wstawaj nie chcę mi się czekać. Ciesz, że Cię nie zabiłem, miałaś farta. Chociaż życia na pogawędce nie zmarnowałem. 
Dał mi znak i wyszedł, wyglądał jakby miał zlecenia, aby kogoś zabić. Oszczędził, chyba z mojego powodu. Obejrzałam się wokół i wiedziałam, że dostał szału. Zmasakrował cały jej dobytek. Zaczęłam się odzywać do rudowłosej.
- Ej, ty gnido odżyj! Lampion już zapalam, kurwa wstań. Nie będę się za Ciebie modlić.
Wstała cała zapłakana.
- On umarł, on zginął, on nie żyje! - Krzyknęła przez łzy wskazując Rychlisia. - To za mnie! Wiedzieli, że ma silniejszą moc, niż ja. Ja umiem tylko śpiewać, a on? Umiał rozgryźć każdą zagadkę, czytać w myślach, naśladować wszystkie dźwięki zwierząt. Nawet nie wiesz, jak bardzo te cechy potrzebują Nocni Łowcy. Dodatkowo umiał bardzo szybko biegać...
Emilia usłyszała wszystko. Padła w rozpacz, pewnie czeka nas żałoba z tego powodu. Coś chrypiała, że go kochała. Mocno teraz cierpi, a we mnie rodzi się zemsta na wszystkich. Piter leżał w ogródku, a Rose znikła. I dobrze zbyt zrzędliwa baba. Jednak zadaję sobie pytanie, czemu wyszłam bez szkód. Wracając do czarodzieja krzyczał z bólu. Odcięto mu sześć palców. 
- Ty Korneliana też nie wyszłaś bez szkód. Zobacz w lustrze co masz na szyi - powiedział Asa idący z kulawą nogą. Z przerażeniem wpadłam do łazienki, gdy spojrzałam w lustro ukazała mi się rana z napisem po angielsku "selected" oznaczało "wybrana", ale po co komu chciało się do cholery robić?! Miałam ochotę wrócić do nałogu z depresji, ale nie mogłam. Znów palenie mnie wyniszczy, znów. Powoli usuwając się z ściany zdecydowałam, że nie powinniśmy tu być. Wydarzyły tu się same zła, a zło się tępi i unika. 
- Ludzie idziemy do Kubitza znajdziemy tam wskazówki, ale już biegiem! - Wykrzyknęłam wybierając wyjście przez szklarnie do lasu.
- Nie chcę mi się już iść jestem wyczerpany - marudził Piter.
- Ja też! - Krzyknęła Ada.
- I ja, kiedy koniec?! - Jęczył Asa.
- Raz, dwa, trzy, cztery nogi żwawo podnoszę, biegnę tempem szybkim! - Śpiewał Teemo cały czas spoglądając na Emilkę. Czuli do siebie to samo, a nawet o tym nie wiedzieli. Doszliśmy do bram psychiatryka. Mówią, że osoby tam chore same sobie krzywdę robią, a to jedna wielka nieprawda. Każdy tu ma z nich winę. Zobaczyłam grupkę małych dzieci bawiących się nożykami.
- O, pani wybawicielka! Pobawisz się z nami? - Zachęciły mnie swoimi bananami na twarzy, jednak mogły coś kręcić. 
- Gdzie idziecie ekipo? Przespać się? Polecam wam, jak najszybciej już zająć miejsca - odparłam i wskazałam im drogę. Z dziećmi oglądałam ich rysunki. Cmentarze, krew, ludzie bez twarzy, broń i wiele innych. Podarłam ich rysunki, zabrałam nożyki, wzięłam pod pachę i zaniosłam do pielęgniarek. Odesłać dzieci do siedzenia w pokoju, wcale nie jest złe. 
- Przepraszam, czy widziała pani taką grupkę osób, gdzie jest dwójka dziewczyn i chłopaków. Nie należą tu do tej budyyy... Ośrodka! - Po tych słowach zmierzyła mnie morderczym wzrokiem i powiedziała do jakiejś młodej, aby sprawdziła papiery. Bez słów poszła głównym korytarzem i skręciła gwałtownie w lewo. Idąc za nią spotkałam, naprawdę chorych ludzi potrzebujących pomocy. Miałam ze sobą plecak na szczęście, gdyby nie on i prowiant w nim bym nie pomogła głodnej kobiecie. Z chęcią zjadła drożdżówkę. 
- Nie karm tych zwierząt - mruknęła kobieta prowadząca mnie, taka chamska szynka. Masakra... 
- Pani bardziej do nich pasuje. Już widać po twarzy, jak pani z kozy wyrosła - prychnęłam, ale nie za długo. Patrząc swymi oczami przywołała sześciu mężczyzn za ściany na końcu holu. Wskazała na mnie i mnie wzięli. Chciałam już się przygotować do ucieczki, gdy właśnie zarzucili na mnie ciężkie łańcuchy. 
- Teraz się nie ruszaj! - usłyszałam znajomy głos. - Kurwa zostaw ją! 
I zobaczyłam, jak mężczyźni wyparowali przez energię słoneczną. Gdy kagańce opadły zaczęłam na czworaka biec do ostatnich czarnych drzwi. Oczekiwania mnie zawiodły, trafiłam do izolatki.
- Sań, sań, sań, sań... - Męczył się z bólem jakiś facet, tak kościelne.
- Alleluuuuja - tworzyliśmy już kolędę.
- Ty nie czysto dziewico, nie dobra dziedziczko! Będziesz się smażyć wraz z ojcem! Jestem czystym zwolennikiem kościoła i Hadesu, a ty będziesz tym kimś kto skończy w nim na samym dnie - wysyczał i wziął mnie pod gardło. - Zginiesz! Zginiesz to twój koniec!
No i cóż... Tak się chyba stało, nie odnalazłam wszystkich. Nie wiedziałam kto mnie uratował, ani tego kim jestem...

Wstałam z wielkim zaciekawieniem, ponieważ słyszałam dziwne odgłosy, jakiegoś zwierzątka. Starałam się szybko i cicho wyjść z domu, ale to nie wyszło. Wywaliłam się na schodach.
- Au! Coś mi do oka wpadło! - Krzyczałam, tak głośnio, że całe miasteczko mnie słyszało. Wtedy coś czułam, że oślepłam. Piter zauważył, że spadłam, więc wziął swą apteczkę i różdżkę. Podszedł do mnie, po jego wzroku wiedziałam, już co jest ze mną. 
- O, mój Boże... To, nie wygląda zbyt dobrze. Niech ktoś zapali światło! - Rozkazał Czarodziej i, jak je zapalili moje oko, było masakrycznym stanie.
- Nie trzeba z tym iść do lekarza?! Czemu, jej oko nie ropieje?! A, tego nie trzeba na spokojnie?!  -Histeryzowała Ada, aż mnie zirytowała i wyciągnęłam od razu, sobie to z oka. Krew nie leciała. Każdemu, zaparł dech w piersiach.
- Idę, od was! - Krzyknęłam i poszłam. Stałam się ślepa na lewe oko. Utrudniało mi, to bardzo mocno życie. Pobiegłam na górę się przebrać i wyjść, musiałam ochłonąć. Wciągnęłam szybko ubrania i wyskoczyłam z okna. Upadając znalazłam starą, drewnianą i zepsutą pukawkę. A, przy niej masę rzutek. Skierowałam się w kierunku, tego sadu. o którym mówili. Musiałam iść na sam koniec miasta. Idąc rozmyślałam, całą tą sprawę. Tym bardziej, że te nietoperze skojarzyły mi się, z tą wampirką. Wiedziałam, już to dawno, że moje życie ma w pewnym stopniu sens, ale nie umiem go wykorzystać. Nagle, natknęłam się na starszą kobietę ubraną w chustę na głowie, długą, brzoskwiniową spódnicę i stary, wytarty sweter. Była na wózku inwalidzkim. 
- Przepraszam, którędy do pani Vibby? - Spytałam się i jeszcze raz powtórzyłam-Nie, wie pani jak dojść do sadu Vibby?  Nic nie odpowiedziała i tylko się na mnie spojrzała. Podejrzewałam, że może, być głucha. Popatrzyła się na, mnie i pociągnęła z całej siły moje włosy do swoich ust i zaczęła szeptać.
- Nie, idź z powrotem do domu. Radzę Ci, bo to bardzo ważne, nawet nie wiesz co się stanie. Uwierz mi, nie kłamie! - Kończąc wypowiedź, spojrzała się na mnie i znikła. Szłam, dalej nasłuchując wszystko, dookoła. Może, ma rację? Jednak, zawsze będę uważała, że spacery w nocy są najlepsze. Trochę, się zmęczyłam, bo nie ma to jak skakać od chmurki do chmurki. Podeszłam, pod furtkę i, wtedy zobaczyłam, jaki wielki ma sad. Furtka, była zepsuta. W głębi drzew brzydko pachniało, jakimiś grzybami. Usłyszałam odgłosy duszenia się, drzewa były obłupane.
- Korneliana? Jeśli, to Ty pomóż! - Wiedziałam, że nic dobrego się nie zapowiada. Zaczęłam pełznąć, aby nie zostać od razu zdemaskowana. To, na pewno był Teemo, bo nam zniknął. Po, jakimś czasie ujrzałam, palące się wielkie znicze i mężczyzn ubranych w długie, białe szaty. Przyjrzałam się im, dokładniej i to był KKK (Ku Klux Klan), dobrze, że uważałam na historii. Ich znakiem rozpoznawczym są długie, białe i szpiczaste nakrycie głowy. Okrywa, ono całą twarz i zasłania je. Tak, jak mówiłam ofiarą, był Teemo. Przywiązali biedaka do stosu i czekają, chyba, aż ja się zjawie. Szybko, spod bluzy wyciągnęłam laskę i zmieniłam ją w łuk.
- Stryju, a tak w ogóle, czemu ona? - Spytał jeden z zakonników.
- Nie wiesz?! Nie tolerujemy, innej niż ludzi i czarodziei! Powinna się, nie urodzić! To wszystko, przez jej rodziców! Ona obróci świat do góry nogami, a to my musimy! Zawładniemy Virrusem, jak i światem realnym! Najpierw, zaczniemy od gryzonia! Czas zacząć obrzęd! - Głosił, swym, zbytnio wysokim, męskim głosem. Nie, wiedziałam, co zrobić, więc wystrzeliłam dwie salwy strzał. Postrzeliłam, ich połowę. Nie było, zbyt dużo zakonników. Zareagowali. Siedziałam na tym drzewie, tak długo, aż do mnie podszedł, taki jeden facet. W prosto w lewe oko strzeliłam i wyskoczyłam. Złapali mnie za nogę, a ja wzniosłam się w górę i nimi podrzuciłam. Teemo, w tym czasie się uwolnił i zaczął do nich strzelać, swoimi rzutkami. Upadli na dołożone, grzybki Teema. Jedynie, przeżył Stryj. Okazał się magiem.
- Nie, jestem byle kim - odparł. - Twój, ojciec od zawsze, był mi winny przysługę. Do teraz, jej nie wypełnił, a zapisał mi Ciebie. Więc, jak jesteś grzeczna to mogę Cię poprosić, abym mógł zabić? To nie za boli. 
Gdy skończył, mówić pchnął wielką kulę mocy. Z początku myślałam, że coś mi się stanie, ale ją złapałam. Był zdziwionym, rzuciłam nią w niego. Dobry z niego zawodnik, jak z zasłoniętymi oczami walczy. Zahaczyłam o Teema i upadłam na ziemie, uderzając głową w pień drzewa. Dopadł mnie, miałam cały obraz rozmazany, ale się nie poddawałam.
- Nigdy, mnie nie będziesz miał! - Krzyknęłam i przerzuciłam, go przez plecy łamiąc, mu rękę.
- Tym, razem mi się upiekło! Spotkamy się, kiedy indziej - powiedział z bólem. Byłam zdziwiona, że tak szybko się poddał.
- Słuchaj, ja idę po jabłka i śliwki. Poczekasz? - Spytała się wiewiórka i swoim śmiesznym truchtem pobiegła. Pewnie, miał 5 z w-f'u. Czekałam na niego, przez chwilę. 
- A, nie jest dla Ciebie to za ciężkie? - Byłam zdziwiona, że tak mała istotka, podniosła 10 kilogramów. 
- Kapitan Teemo zawsze do dyspozycji! Dla mnie, nic nie jest ciężkie! - Powiedział Yordl i się go zapytałam. 
- A, Ty skąd się wziąłeś, o tej porze? - I od razu, mi odpowiedział. 
- To, skąd się, Ty się tutaj pojawiłaś? Takie dziewczyny, nie powinny, o tej porze wychodzić z domu - pocisnął mi - Raz, dwa, trzy, cztery! Idziemy, bo niedługo powstają, a przecież czas się liczy, nie? 
Przytaknęłam mu i skierowaliśmy się w żwirowatą ścieżkę. Przyszliśmy w dobrym momencie, dopiero wstali i nie byli, jeszcze pozbierani. Wiewiórka się zmęczyła, tak mocno, że nie wiedział czy żyje. Gdy wszyscy, już przybyli usiedliśmy do stołu.
- Długo, was nie było. Nic wam się, nie stało? - Spytała Ada jest, zbyt troskliwa.
- Nie, nic nikomu się stało. Oprócz tego, że Teemo się strasznie zmęczył i spotkaliśmy KKK. Chcieli, go zabić na stosie, ale... - nie dokończyłam, bo Asa się wtrącił.
- Czekaj, czekaj, czyli KKK wrócił?! Stryj Klapencjusz żyje?! To niemożliwe, przecież go pokonaliśmy trzy lata temu! To nie, jest słaby wróg. Jego moc, będzie rosła mówię wam! Powstanie poważna wojna! - Był przerażony, jak i wściekły.
- Ale, co my teraz zrobimy?! Ile jest nas, a ich?! Nie damy rady! Świat Virrus i świat ludzki upadnie! Czasoprzestrzeń się załamie! Musimy ich powstrzymać, ale jak?! - Ada, na prawdę uwielbia histeryzować. Nie dziwię się, jej trochę...
- Ada, a co Kornelianą?! Toć, to jest nasza tajna broń! Nie zna jej mocy, ani umiejętności! A, na pewno będzie, jeszcze podszkolona! Może, coś się kryje w Emilii i Rychlisiu?! Gdyby byli, zwykłymi ludźmi, by się tu nie znaleźli! Nie powinnaś już wszystkiego, tak zakładać i oceniać! - Darł się Piter, bo inaczej nie da się, tego opisać. Popatrzyłam się, na nich dziwnie. Wtedy pomyślałam:"Ciekawe, co jeszcze mnie spotka. Tyle się, nawet dzieje w ciągu jednego dnia. Tragedia!".
- W tej walce, nie ma uczuć, więc niech, każdy się pozbiera i idzie ze mną! Może i jestem, tą waszą bronią, ale tu warto, dbać o siebie i o innych. Po co się kłócić, jak możemy wszystko zabrać i móc iść dalej? Poproszę was o jedną rzecz. Proszę was, abyście się opanowali, wyrozumiali i spakowali się, aby wyruszyć dalej! - Odparłam i mi przytaknęli, chyba zrozumieli, o co chodzi. - A tak na serio to zróbmy rozpierdol!
Jedynie Emilii się, nie chciało nic. Kazaliśmy jej wstać, ale nie zareagowała. Postanowiliśmy zrzucić ją z kanapy, ale jednak kanapa leżała na niej. Nie mogliśmy już jej podnieść. W pewnym momencie się wściekła i nie dotykając mebla, go podniosła.
- Co?! Jak ja, to zrobiłam?! Mam moc! Mam moc, wreszcie pomogę! - Cieszyła się strasznie, mocno Emilia, a Rychliś był zdołowany.
- Ja nie, mam żadnych mocy! W niczym wam nie pomogę... - Smutny był, ale mu poradziłam, że jeszcze ma czas.
- Dobra, ludziska! Już jest 05.49 musimy się, zbierać! Przecież, podróżujemy, między czasoprzestrzenią. Na szczęście czas zmieni się, tylko o dwie godziny - poinformował Asa i spakowaliśmy swoje rzeczy na jednorożce i wyruszyliśmy. Wjeżdżając do ciemnych bram Krainy Ciemnego Snu, byłam zdziwiona. Jak mówili, to miasto zapowiadało się piękne, a tu wielka dupa z miasta. Stare kamienice, wiele plakatów ze zbrodniarzami, brak roślinności, zniszczone latarnie, zniszczona droga, brak zwierząt, jedynie sępy i pustka w mieście. Na jednym z plakatów ujrzałam Buttersa. Nie wyglądało normalnie, czy ja, znów o czymś nie wiem? "Cała podróż, to nie kończąca się zagadka. Czy, kiedyś wreszcie to się skończy?" pomyślałam i przeczytałam tekst z plakatu. "Uwaga! Poszukiwany jest szesnastoletni przestępca! Jest to brunet, o błękitnych oczach i niebywale dużym wzroście! Ubiera się w luźne spodnie, sportowe bluzy. Oskarżono go, o kradzież 10000 centyliów i Kuli Ciemności. Osobie, która go znajdzie w nagrodę dostanie 50000 centyliów!". Czytając się zdziwiłam, był osobą, którą nawet dobrze nie znałam. 
- Asa? A Ciebie to, może nie poszukują? Wiesz pełno jest Twoich plakatów, gdzie napisane jest, że Cię poszukują - szeptałam do niego z pogardą, zawsze mój tok myślenia szedł tak, że nie lubiłam osób, które mnie okłamywały. Udawał, że mnie nie słuchał, więc go zignorowałam, również. Też, tak i mogę. Trochę, nam to zajęło zanim dolecieliśmy do ich domu. W drzwiach stali ich rodzicie i nas przywitali.
- Witajcie, ja jestem Kelly, a to mój mąż Calum. Cóż, może troszkę zasnął, ale z nim, tak jest! Wchodźcie, przecież nie gryziemy! - Wydawała się bardzo przyjazną osobą, jednak widziałam w niej przerażenie, nałogowo odrywała, sobie od skóry paznokcie i poprawiała włosy. Dom nie wydawał się, normalnie. Matka, Ady i Asy gotowała obiad, a z resztą oglądałam mieszkanie. Przeszukałam, po kryjomu ich szafy i zobaczyłam akta z wojny. I to z nie, byle jakiej wojny. Papiery pochodziły z roku 1942 i przedstawiały kobietę, którą przypominałam. Miała to, samo nazwisko. 
"Vermza Demyan pseudomin Czarna Zmora. 
Rodowód: 8 lipca 1921 rok
Rodzice:  Cynthia Deyz i Potap Demyan
Dzieci: Sydniey Demyan, Kubra Demyan i Swietłana Demyan
Rodzeństwo: Kira Deyz i Imur Demyan Pochodzenie: Rosja, Holandia" 
Kolor oczu: zielone
Kolor włosów: kruczoczarne
Wzrost: 201cm
Cechy szczególne: Znamię za uchem, tatuaż na przedramieniu"
Reszta dowodu, była spalona pewnie, dlatego, że pochodzi z czasów wojny. Na szczęście, nikogo nie było w pokoju, więc zabrałam te papiery i pośpieszyłam na dół. "A, co jeśli, ktoś z nich jeszcze żyje? Nigdy, nic nie wiadomo, a warto się dowiedzieć" mówiłam, sobie w myślach. Poszłam się, przewietrzyć. Zaczęłam miasto zwiedzać, same zbrodnie tu się działy. W pewnym, momencie spotkałam chłopca przebranego, w dziewczęce ubrania i krwawił z krocza. To nie było normalne, a w ręku trzymał nóż. Spytałam się go, czy  nic mu nie jest. 
- Aaaaaaa, czemu chłopcem się urodziłem! - Wykrzyknął i rzucił się na kolana - Szatan, mnie okłamał! Ty, to Ty oddasz mi swoje ciało! Jesteś kobietą, a tego, właśnie chcę! W tym, czasie przyszła jego matka.
- Dziecko, dziecko moje, co żeś sobie zrobił! Życie, sobie zmarnowałeś! - Rozpaczała kobieta, ale się nie wtrącałam.
- Wypierniczaj! - Krzyknął i zabił ją. Skubany zrobił, to jednym ruchem.
- Czemu, jej ciała nie weźmiesz?! - Nie chciało mi się z nim walczyć, bo po co. 
- Jaaaa, Cię znam! Nie wymigasz się! Icta kamszu ahed pikor, giń! - Zmutował, mu się głos i skoczył mi na głowę. Wbił mi nóż w gardło. Nie poddałam się i wyrzuciłam go w okno sklepu. Wstał. Wyjęłam, sobie z szyi ostrze. Położyłam na jego głowie tak, że jak się ruszy, to się zabije,
- Ruszysz się do tyłu zabijesz się, a ręce masz, tak pokaleczone, że nimi nie ruszysz. Działa to, w każdą stronę. Nogą, tego nie sięgniesz, czeka Cię śmierć... - nie wysłuchał, mnie i ruszył głową, zginął na miejscu. Dwa trupy, koło mnie leżą, a żadnego nie zabiłam. Nie wiedziałam, co zrobić. Z nieba, nagle zaczął padać deszcz. 
- Czemu, ja żyję? Czemuu... - rozpłakałam się, serce mnie bolało. Położyłam się na gruzie i szkle. Usnęłam. Obudziły mnie dźwięki nadchodzących wojsk. Puścili dziwną muzykę, szli w jej rytmie, jak i wymachiwali bronią. Dwaj złapali, mnie i posadzili na swe ramiona. Byłam w centrum uwagi, nie podobało mi się to. Kierowali się w stronę domu państwa Butters'ów. Po kilku minutach drogi postawili, mnie na wycieraczce i odparł jeden z nich.
- Jestem generałem, tej jednostki. Witaj, powinnaś stąd, jak najszybciej uciekać. Jest to, bardzo nie odpowiednie miasto dla nikogo, oprócz przestępców i opętanych. Na pewno już się, z tym spotkałaś. Po godzinie 20 nie wychodź, ani nikt inny, żeby nie było, że ostrzegałem.
- Dobrze, do widzenia - odpowiedziałam i weszłam do środka. Wtedy podeszła do mnie pani Kelly i mnie wycałowała.
- Ojejku, ja już myślałam, że Ci coś jest. Chodź mam ciasto, ukroiłam je.
Zasiadłam do stołu i wszyscy, mnie się wypytywali, gdzie byłam.
- Byłam na spacerze, a co nie można? - Spytałam się ze zmęczenia, nie chciało mi się droczyć - Ogarnijcie się ludzie! Po obiedzie idziemy przeszukać tereny i wyruszamy przed 20! 
- Niby, co jest po 20? - Spytał Rychliś - Przecież, każda godzina wszędzie jest, taka sama.
- Mylisz się i koniec kropka. 
W cieście, zauważyłam coś, czego tam nie powinno być. Wściekłam się, że każdy robi mi na złość. Były to mini robociki, które miały mną kontrolować. Z całej siły uderzyłam w stół, niszcząc go. Miałam dość, tego wszystkiego. Byłam gotowa się zabić, ale po co i dla kogo? To pytanie siedziało mi w głowie. O stół, nikt się nie spytał. Podsumowali, że zostawią, mnie w spokoju.

Nowsze posty Starsze posty Strona główna

Logo

Obserwatorzy

Popularne Posty

  • Wakacje
    Cześć! Na pewno większość z was już była na wakacjach, a z czym to się łączy? Z wspomnieniami, które pamiętamy na lata. Z resztą i tak nie...
  • Hej ho!
    Kolejny raz witać się nie będę. Nazywam się Jagoda i jestem dosyć młodą dziewczyną, znaczy - babochłopem. Posiadam charakter osoby na swój ...
  • Piosenka tygodnia #1
    Wykonawca: Ghost Town Tytuł: You're so screepy Rok wydania: 2014 Krótka nadzieja dla tej piosenki: Osobiście znalazłam ...
  • One, dos, se? Anime! #1
     Pamiętnik Przyszłości Oryginalny tytuł: Mirai Nikki Rok wydania oraz emisji: 2011-2012 Liczba odcinków: 26 Długość odcinka: ...
  • Oznaczona krwią... #2
    - Hej! Wstawaj! -Zaczął mówić jakiś mężczyzna z wysokim głosem. - To nie nocleg dla meneli! - Powiedział facet z niskim głosem. Szturchali m...
  • Piosenka tygodnia #2
    Wykonawca: Amaranthe Tytuł: The Nexus Rok wydania: 2013 Krótka nadzieja dla tej piosenki: Zaszkodziłam sobie tylko tym, iż ten ze...

Kategorie

  • Animuu
  • Bzdety
  • Głębsze przemyślenia
  • Na długie wolne chwile
  • opowiadania
  • Piosenka tygodnia
  • Troszku o mnie

Archiwum bloga

  • ►  2024 (1)
    • ►  marca (1)
  • ►  2017 (3)
    • ►  lipca (2)
    • ►  kwietnia (1)
  • ▼  2016 (22)
    • ▼  października (4)
      • Piosenka Tygodnia #6
      • Czy blogowanie czegoś uczy?
      • Oznaczona krwią... #7
      • Oznaczona krwią... #6
    • ►  września (8)
      • Oznaczona krwią... #5
      • Oznaczona Krwią... #4
    • ►  sierpnia (4)
    • ►  lipca (6)

O mnie

Felishya
Wyświetl mój pełny profil

Translate

Odwiedzinki

Copyright © 2016 Mysli, których nie spodziewal sie nikt.... Created By OddThemes & Distributed By Free Blogger Templates